piątek, 29 grudnia 2017

Informacja #3

Cześć wszystkim! (o ile ktokolwiek tutaj jeszcze zagląda, heh 😅)
Jak dobrze wiecie, po zakończeniu pierwszego sezonu mojego opowiadania chciałam wrócić z drugim, jednak szczerze powiedziawszy nie byłam zbytnio przekonana do tego pomysłu. Telenowela zakończyła się już jakiś czas temu, więc czy byłby jakikolwiek sens pisania dalej? Jednak znalazły się pewne osóbki, które tego chciały (z czego bardzo było mi miło 💕), lecz nie wiem, czy nadal one o mnie pamiętają. Dlatego proszę, żeby każda osoba, która chciałaby przeczytać tę kontynuację zagłosowała w ankiecie, która znajduje się po prawej stronie ekranu (jeśli korzystacie z wersji na telefon, niestety musicie włączyć wersję komputerową 😉). Za jakiś czas znowu się odezwę i zobaczymy co dalej 😄

Do zobaczenia wkrótce ♥

sobota, 16 września 2017

Epilog - Dla ciebie będę

Hoy golpeó a mi puerta tanta soledad,
aturde el silencio desde que no estás.
Hay melancolía en la habitación,
el frío castiga mi razón
porque sé que es prohibido nuestro amor.
Sentí, jugué, perdí,
y este pobre corazón
que desea el perdón de Dios.
Dziś zapukała do moich drzwi tak wielka samotność,
ogłusza ta cisza odkąd cię nie ma.
Melancholia w pokoju,
chłód ogarnia mój umysł,
ponieważ wiem, że jest zakazana nasza miłość.
Czułem, zaryzykowałem, przegrałem,
do tego to biedne serce,
które pragnie przebaczenia Boga.

Jadę taksówką. Muszę go zatrzymać. Muszę. Denerwuję się. On nie może stąd wyjechać. Dlaczego jedziemy tak wolno?
- Proszę jechać szybciej - mówię do taksówkarza.
- Robię co mogę.

- Dobrze się czujesz?
- Świetnie, a co? - odpowiadam ponownie na niego spoglądając.
- Nic, przepraszam. - słyszę. - Jadę do Buenos Aires. Jestem Tomás. A ty?
- Ja też do Buenos Aires.
- To już wiem. Pytałem o imię. - uśmiecha się. - Tomás, a ty?
- Julia... na.
- Miło mi cię poznać Julia-no.

Wybieram numer Tomasa i dzwonię, po raz kolejny, ale bezskutecznie. Nie odbiera. Boję się. Tak okropnie się boję, że nie zdążę. Że przyjadę za późno, gdy on będzie już w samolocie, w powietrzu, w drodze do Watykanu.

- Nadal tutaj jesteś? Myślałem, że wróciłaś do Buenos Aires.
- Nie, nie mogłabym. Tym bardziej, że w nocy się księdzu pogorszyło. Martwiłam się.
- Wiesz, że...
- Martwiłam się o księdza jak o przyjaciela - przerywam mu.
- Właśnie do tego zmierzam. Nie... - załamuje mu się głos. - Nie powinniśmy się przyjaźnić. Nigdy.
- Dlaczego ksiądz tak sądzi? Przecież to nic złego...
- Przyjaźń pomiędzy księdzem, a nowicjuszką?
- No właśnie...
- Esperanzo, przepraszam, jeśli to cię rani, ale to nie ma sensu.
- Jeśli ktoś dla ciebie znaczy wiele, to...
- Zacznijmy od tego, że nigdy nie powinienem wiele dla ciebie znaczyć.
- No jasne - przytakuję ledwo trzymając łzy w oczach.

Samochód się zatrzymuje. No świetnie. Jeszcze tego brakowało.
- Proszę się pośpieszyć.
- Jest czerwone światło.
- Proszę jechać.
- Nie mogę. Stracę licencję.
Super. No po prostu super. Sprawdzam w internecie, o której wylatuje jego samolot. Jeśli będzie miał opóźnienie, to prawdopodobnie uda mi się go zatrzymać...

- Ona jest... Ona jest wszystkim - mówi. - Jej uśmiech, sposób bycia, radość, bunt... - wzdycha.
- Tak dłużej być nie może - odpowiada biskup. - Rozchorujesz się.
- Już jestem chory - oznajmia ponownie wpatrując się w ziemię. - Na najgorszą możliwą chorobę. - Zakochałem się - dokańcza patrząc na niego.
- Wiesz co mówisz? - pyta Marcucci wytrzeszczając oczy.
- Wiem, moje słowa brzmią jak wyrok. Nic na to nie poradzę. Musiałem to z siebie wyrzucić. Próbowałem z tym walczyć, przysięgam. Ona sprawa, że czuję się spełniony.
- Spełniony jak Bóg?
- Nie wiem. Niestety, to mnie odsuwa od służby Bogu. Kocham Boga... i ją... - wzdycha.

Nagle słyszę szum. Zerkam przez okno. O nie. Nie, nie, nie, nie, nie... Tylko nie to. Proszę, nie. Przysuwam się bliżej okna. Samolot właśnie rusza. Otwieram drzwi i wybiegam z taksówki.
- Nie zapłaciła pani! - słyszę, ale w zupełności to ignoruję.

- I co zamierzasz z tym zrobić? - pytam, gdy po policzkach płyną mi pojedyncze łzy.
- Dla mnie zawodowo to spełnienie marzeń. Tylko ośmioro księży z całego świata ma szansę być na tak wysokiej pozycji. To naprawdę niepowtarzalna szansa i cud, że wybrali mnie.
- Nie zamierzasz z tego zrezygnować, prawda? - załamuje mi się głos.
- Esperanzo zrozum, taka okazja trafia się raz na milion, a nawet na rzadziej.

Biegnę w stronę lotniska. Zatrzymuję się przy ogrodzeniu i wspinam się na nie. Maszyna wzbija się w powierze. Nie zdążyłam. Ze łzami w oczach patrzę, jak leci. Płaczę, lecz nie spuszczam go z oczu. Wpatruję się w niego dopóki nie znika. Przegrałam...

- Nie płacz... - prosi delikatnie mnie obejmując. - Nie możesz przepraszać za swoje uczucia. Serce zakochuje się w drugiej osobie nie patrząc na to, kim ona jest. Zbyt często zakochuje się w ludziach, w których nie powinno, a my nie możemy nic z tym zrobić... - wzdycha i wypuszcza mnie z uścisku. - Jeśli już jesteśmy wobec siebie zupełnie szczerzy, ja również chciałbym ci coś powiedzieć.
- Tak? - rzucam pociągając nosem.
- Ja... - zastanawia się przez moment. - Ja też jestem zakochany... w tobie. I ja też nie potrafię sobie z tym poradzić.
- I co z tym zrobimy? - pytam.
- Nie wiem, naprawdę nie wiem. Wydaje mi się, że próbowałem już wszystkiego. Chciałem trzymać się od ciebie z daleka, ale nie udawało mi się to. Nawet, gdy wyjechałem do innego miasta, zdarzyło się coś, co sprawiło, że musiałem tu wrócić. Chciałem cię za coś znienawidzić, ale nie umiałem znaleźć żadnej rzeczy, która sprawiłaby, że pomyślę o tobie w zły sposób... - bierze głęboki oddech. - Oboje nie możemy kochać. Nie w taki sposób...
- Ale ja nie umiem inaczej... - szepczę.
- Ja też nie...
- W takim razie co zrobimy?
- Nie wiem... - odpowiada. - Nie znam na to pytanie odpowiedzi mimo, że powinienem.

Seré tu grito y silencio,
seré tu frío y calor,
seré tu tierra y tu cielo,
tu pájaro en vuelo,
tu boca de miel.
Seré tu cuento dorado,
seré tu reino y tu rey,
seré tu hombre soñado,
lo que has anhelado,
por ti seré.
Będę twoim krzykiem i ciszą,
będę twoim chłodem i ciepłem,
będę twoją ziemią i niebem,
twoim ptakiem w locie,
twoimi ustami słodkimi jak miód.
Będę twoją złotą bajką,
będę twoim królestwem i twoim królem,
będę twoim wyśnionym mężczyzną,
którego pragnęłaś,
dla ciebie będę.

Dzień dobry, dobry wieczór wszystkim! Raczej nie taki dobry, jak mniemam. Jestem przekonana, że nie podobało Wam się to zakończenie no, bo przecież Esperanza i Tomás są w końcu dla siebie stworzeni, nieprawdaż?
Nie wiem, czy pamiętacie, ale pod ostatnim rozdziałem wspomniałam, że będę miała małą niespodziankę, więc tak na poprawę humoru, przejdźmy może do niej teraz. Werble proszę! *Pam para pam pam pam!* Będzie drugi sezon! Kto się cieszy? Nie zdradzę jeszcze za wiele, ale uprzedzając pytania, które mogą się pojawić - nie wiem, kiedy zacznie się on pojawiać, ale na pewno odpowiednio wcześniej dam tutaj o tym znać 😉

Mam nadzieję, że widzimy się niebawem ♥

wtorek, 12 września 2017

Rozdział 50 - Nie mogę mu zniszczyć życia...

Sięgam po instrukcję testu ciążowego i odnajduję linijkę tekstu, która interesuje mnie w tym momencie najbardziej. Widoczna na teście jedna kreska oznacza brak ciąży, dwie - ciążę, natomiast puste pole oznacza niepoprawne przeprowadzenie testu. Całkiem proste.
Dobra, chyba minęło wystarczająco dużo czasu. Nadeszła chwila, żeby w końcu się tego dowiedzieć. Zerkam na kawałek plastiku, od którego praktycznie zależy cała moja przyszłość. Weź się w garść Julia. Będzie to, co ma być. Teraz już za późno, nie mogę wpłynąć na wynik. Trzeba było myśleć trzy miesiące temu, a nie teraz.
Patrzę na test. Nie mogę uwierzyć własnym oczom.. Aż zaczyna mi się kręcić w głowie. Otwieram drzwi od łazienki. Tak, jak prosiłam, Clara stoi obok, opierając się o ścianę. Podchodzi do mnie bliżej.
- I co? - pyta.
Zaczynam płakać na co mama przytula mnie do siebie. Staram się być silna, ale nie wychodzi mi to. Po za tym, nie muszę w tej chwili udawać, że wszystko jest dobrze.
- Ciii... - słyszę. - Będzie dobrze. Przecież to nie koniec świata. Poradzisz sobie jakoś...
- Boję się, że nie dam rady - oznajmiam. - Na chwilę obecną nie mam nic. Domu, pracy, pieniędzy... Nic co potrzebne jest dziecku. Muszę wyprowadzić się z klasztoru, bo przecież nie mogę tam dłużej mieszkać. Będę czuła się strasznie głupio, bo przecież jakiś czas temu ślubowałam Bogu czystość, a tu proszę.
- Tym się nie martw. Przecież zawsze możesz zamieszkać u nas.
- Mamo, ale to nie będzie takie proste. Moje dziecko nie będzie miało nawet ojca.
- Nikt nie powiedział, że w życiu zawsze będzie łatwo - całuje mnie w czoło. - Moje dziecko też praktycznie wychowało się bez ojca i wyrosło na mądre i odpowiedzialne.
- Mądre i odpowiedzialne? Gdyby rzeczywiście tak było, to nie doszłoby do takiej chwili, jak ta - pociągam nosem. - Co ja powiem mojej córce albo synowi, gdy podrośnie i będzie pytać o tatę?
- A co mówiła ci Blanca?
- Że jestem adoptowana, a ona nie ma partnera.
- W takim razie zrobisz to samo. Powiesz prawdę.
- Mam powiedzieć dziecku, takiemu malutkiemu dziecku, że jego tata jest księdzem i siedzi w Watykanie pomagając papieżowi? - mówiąc to łamie mi się głos.
- O czym ty mówisz? - dziwi się.
- Tak mamo, wszystko dobrze zrozumiałaś - przytakuję. - Tomás jest ojcem tego dziecka. Spaliśmy ze sobą. Raz, ale jak widocznie to wystarczyło, żebym wplątała się w kłopoty - oznajmiam starając się powstrzymać łzy. - I tak, ja wiem, że nic takiego nie powinno mieć nigdy miejsca. Tym bardziej z jego strony, bo to on jest księdzem, ale ja również powinnam się starać, żeby to się nie wydarzyło. Żałuję tego co się stało, on pewnie z resztą też, ale czasu nie cofnę.
- Wiesz, że twoje życie wcale nie musi tak wyglądać? - rzuca. - Tomás jeszcze nie wyjechał. Możesz mu powiedzieć. Jestem pewna, że cię nie zostawi, kiedy się dowie.
- Gdyby mu na mnie zależało w ogóle by nie wyjeżdżał. Myślę, że dziecko nic w tej kwestii nie zmieni.
- Co ty wygadujesz? Przecież on cię kocha i nie pozwoli, żebyś była nieszczęśliwa.
- Ale mimo to wyjeżdża, zostawiając mnie samą.
- Prosiłaś go, żeby został?
- Mamo, co to w ogóle za pytania? On chce być księdzem. Chce wyjechać, zostać doradcą papieża w Watykanie, na zupełnie innym kontynencie. On kocha Boga. Mnie może też, ale to jego wybrał. Ja się z tym już dawno pogodziłam. Wiele razy starałam się zmienić jego zdanie, ale za każdym razem przekonywałam się, że to niewłaściwe.
- Esperanzo, ale przecież jesteś w ciąży, a to wszystko zmienia postać rzeczy. Powinien się dowiedzieć.
- Nie chcę mu psuć życia.
- Wydaje mi się, że powinnaś teraz bardziej popatrzeć na siebie i na dziecko. Nie tylko na niego.
- Ale kiedy się kogoś kocha, chce się dla niego jak najlepiej, prawda? Dla niego będzie lepiej, jeśli się nie dowie.
- Nie możesz mu nie powiedzieć. Będzie tatą. Powinien to wiedzieć.
Wzdycham. Mama ma rację, ale nie chcę, żeby zostawał ze mną z przymusu. Jestem przekonana, że lepiej będzie żyło mu się w niewiedzy, ale ukrywać przed kimś, że ma dziecko?
- Pomyśl o Jorge. Jaki był zawiedziony, gdy dopiero po dwudziestu latach dowiedział się, że jest twoim tatą. Długo nie mógł mi wybaczyć, że nie powiedziałam mu wcześniej.
- Tak, masz w zupełności rację... - przytakuję. - Mam kompletny mętlik w głowie. Kompletnie nie wiem, co mam myśleć... Chcę, żeby był szczęśliwy, ale jednocześnie nie chcę go okłamywać.
- W takim razie powiedz mu prawdę - mówi patrząc mi w oczy. - Nie patrz tylko na jego szczęście. Ty również masz prawo być szczęśliwa. On również zawinił, a jest odpowiedzialnym człowiekiem, więc powinien wiedzieć, co się stało.
- Pewnie masz rację - stwierdzam.
- Na pewno mam rację. W końcu jestem mamą, a one zawsze mają rację - uśmiecha się. - Oczywiście żartuję. Po prostu chcę, żebyś nie popełniała tych samych błędów, co ja. Przez swoją głupotę wiele straciłam.
- Ale przecież wszystko udało ci się naprawić.
- Tak, ale jest tyle rzeczy, które mnie ominęły. Nie mogłam cię przewijać, zaprowadzać do szkoły, pomagać w lekcjach... Kompletnie nie widziałam jak dorastasz i już nigdy tego nie zobaczę. Tak samo jak twój tata. Możemy się tylko domyślać, jak to wyglądało. Tak bardzo tego żałuję... Nie chcę, żebyś przeżywała to samo. Nie chcę, żeby którekolwiek z was to przeżywało. Wiem, że na czyiś błędach ciężko jest się czegoś nauczyć, ale mimo to chciałabym, abyś uniknęła tak rażącej pomyłki.
- Rozumiem to mamo i jestem ci za to bardzo wdzięczna. Dziękuję - ponownie się do niej przytulam.
- Nie ma sprawy. Przynajmniej tyle mogę dla ciebie zrobić - mówi całując mnie w czoło. - Bardzo cię kocham córeczko.
- Ja ciebie też.

Stoję przed drzwiami kancelarii. Wiem, że on tam jest. Tak powiedziała mi Diana. Gdy zapytałam się jej, czy jest pewna, powiedziała, że tak. Nie okłamałaby mnie. Biorę głęboki wdech i pukam.
- Mogę? - pytam.
- Tak, byle szybko - odpowiada Ortiz pochłonięty przeglądaniem jakiś dokumentów. - Coś się stało? Wyglądasz na zmartwioną.
Nawet na mnie nie spojrzy. Podniósł jedynie wzrok, pewnie po to, żeby sprawdzić, kto przyszedł.
- Nie... - rzucam. - A właściwie to tak. Muszę z księdzem porozmawiać.
- Wiesz, że nie musisz do mnie tak mówić? - pyta, gdy siadam na przeciwko. - Wystarczy po prostu Tomás.
- Tak, tak, wiem... - przytakuję. - Tylko przez tak długi czas trzymaliśmy się na dystans, że głupio mi było się tak do księdza, a raczej do ciebie, zwrócić.
- Bez przesady, dobrze?
- W którym momencie niby przesadziłam? - dopytuję. - Przez długi czas nie mogłam z tobą porozmawiać czy w ogóle się do ciebie zbliżyć.
- Esperanzo - denerwuje się.
- Dobrze, dobrze. Już skończyłam. Ale doskonale wiesz, że mam rację.
- Jesteś pewna, że chciałaś ze mną o czymś porozmawiać, a nie tylko przyjść się pokłócić? - pyta. - Bo jak na razie wydaje mi się, że przyszłaś tutaj, aby poużalać się i wyrazić swoją niechęć do tego, co się działo.
- A jeśli tak, to miałbyś z tym problem? Pytam, bo...
- Chyba się dzisiaj nie dogadamy - stwierdza przerywając mi. - Jeśli koniecznie musisz z kimś pogadać to idź do Clary, Jorge czy matki przełożonej, a jeśli musi być to akurat ksiądz, to mogę przyprowadzić ci tutaj Joaquina.
- Tomás, ja nie chcę się kłócić - mówię podniesionym tonem głosu. - Naprawdę. Dzisiaj wyjeżdżasz. Myślisz, że marzyłam o tym, żeby ostatnie chwile, które mogę z tobą spędzić, marnować na kłótnie?
- Wygląda na to, że tak - odpowiada.
- Dlaczego taki jesteś?
- Co masz na myśli?
- Tomás, którego znałam nigdy by na mnie nie naskoczył. Dałby mi dojść do słowa, nie byłby w stosunku do mnie oschły i nie prowokowałby do kłótni.
Ortiz wzdycha i chowa twarz pomiędzy dłonie. Po chwili bierze głębszy wdech i nerwowo patrzy za okno.
- Tak, masz rację, przepraszam. Po prostu jestem zdenerwowany tym wszystkim, co się dzieje - oznajmia. - Nagle wszyscy czegoś ode mnie chcą, nie wiem, gdzie włożyć ręce, muszę jeszcze się dopakować a za trzy godziny powinienem być na lotnisku.
- Nie chcesz tam jechać? - pytam.
- Chcę. Bardzo chcę - zapewnia. - To moje marzenie. Jestem przekonany, że gdy tam pojadę, będę już w stu procentach spełnionym księdzem. No, może nie w stu, bo papieżem nie zostaję, ale to i tak bardzo wysoka pozycja.
- Powinieneś być z siebie dumny - rzucam. - Zasłużyłeś na to.
- Nie wiem. Być może. Na pewno znaleźliby się lepsi - stwierdza. - Ale to nie o mnie mieliśmy rozmawiać. Chciałaś mi coś powiedzieć.
- Ykm, tak... - stresuję się. - Bo wiesz, ja...
Nie mogę mu tego zrobić. Nie mogę mu zniszczyć życia. Jemu tak bardzo na tym zależy. Pogrążyłabym jego marzenia w gruzach.
- Ja chciałam ci życzyć powodzenia - oznajmiam.
- Nie będzie cię na ceremonii? Masz rację, bardzo oddaliliśmy się od siebie i nie powinienem był cię o to prosić, ale...
- Będę - rzucam. - Postaram się być, ale nie obiecuję - poprawiam się. - Możliwe, że nie będę mogła się pojawić, dlatego przyszłam teraz. Nie chciałam, no wiesz, nie żegnać się.
- Jasne, rozumiem - odpowiada. - W takim razie dziękuję ci bardzo - uśmiecha się do mnie.
- Mogłabym cię przytulić? - pytam. - Wiem, że pewnie tego nie chcesz, ale tak na pożegnanie...
- Myślę, że śmiało możesz to zrobić - puszcza mi oczko.
Wstajemy z krzeseł. Podchodzę do niego blisko i przytulam go do siebie. On obejmuje mnie swoimi umięśnionymi ramionami. Wtulam swoją twarz w niego. Jest taki ciepły... I tak cudownie pachnie... Z całej siły zaciskam oczy, żeby tylko się nie rozpłakać, ale to jest tak okropnie trudne... Dlaczego ta chwila nie może trwać wiecznie? Dlaczego nie mogę po prostu zostać w jego ramionach już na zawsze?
Ortiz wypuszcza mnie z uścisku. Przecieram oczy, aby pozbyć się łez, których nie udało mi się zatrzymać.
- Lepiej będzie, jeśli już pójdę - stwierdzam. - Nie będę ci już dłużej przeszkadzać. Powodzenia. Będę tęsknić.
- Ja za tobą też.
Uśmiecham się ponuro w odpowiedzi.
- Cześć - wychodzę z pomieszczenia.

Trzaskam za sobą drzwiami. Czuję się okropnie. Pomimo że zrobiłam dobrze, mam wrażenie, że jednak coś jest nie tak. Nie w taki sposób to wszystko powinno się zakończyć. Przez ostatnie kilka godzin błąkałam się po ulicach. Chciałam iść na tę ceremonię, ale czułam, że nie dam rady. Do domu też nie chciałam wracać, ale musiałam w końcu to zrobić, bo jeszcze zaczęli by się o mnie martwić.
- Powiedziałaś mu? - pyta Clara stając na przeciwko mnie.
- Nie - rzucam płacząc. - Mamo, stchórzyłam. Nie potrafiłam mu powiedzieć. Nie po tym, co mówił.
- A co mówił? - dopytuje przytulając mnie do siebie.
- Że to spełnienie jego marzeń, że dzięki temu będzie czuł się spełniony... - odpowiadam pociągając nosem. - Nie mogę mu zniszczyć życia...
- Myślisz, że zniszczyłabyś mu życie?
- To nie jest coś, czego on chce. On chce być doradcą papieża. Nie tatą.
- Ale zostanie tatą. Nic już na to nie poradzisz. A życie w niewiedzy naprawdę nie wyjdzie mu na dobre. Ani jemu, ani waszemu dziecku. O nim również powinnaś pomyśleć.
No tak. Mama znowu ma rację. Ponownie popełniłam ten sam błąd. Myślałam tylko o Tomasie, nie zastanawiając się co ze mną, a co gorsza, nie zastanawiając się co z naszym dzieckiem.
- Ale i tak już jest za późno. On już jest na lotnisku.
- O której odlatuje?
- Za godzinę.
- W takim razie, jak się pośpieszysz, to zdążysz. No już, umyj buzię, zamówię ci taksówkę.
- Mówisz serio? - dziwię się.
- Jak najbardziej. No już.
Idę szybkim krokiem do łazienki i przemywam twarz. Nie maluję się od nowa. Nie muszę wyglądać najładniej. Najważniejsze w tej chwili jest to, żebym zdążyła. Przeczesuję włosy kilka razy szczotką. Wychodzę na korytarz i biegnę do kuchni, żeby jeszcze się napić. Clara pomaga założyć mi kurtkę.
- To jakieś szaleństwo - rzucam.
- Miłość czasami doprowadza nas do szaleństwa - stwierdza. - A teraz dopij szybko tę wodę i leć. Samochód powinien już czekać.
- Dzięki - posyłam jej uśmiech.
- Później mi podziękujesz, a teraz ruchy, bo jeszcze się spóźnisz. A przecież nie możesz pozwolić miłości swojego życia tak po prostu odjechać.
Ponownie uśmiecham się do niej i wybiegam z domu. Wsiadam do pojazdu i podaję taksówkarzowi dokąd ma jechać. Boże, proszę, żeby udało mi się zdążyć...

Witam! No i jak podobał Wam się rozdział 50? Co ta Esperanza nawyprawiała... Zamiast od razu powiedzieć Tomasowi o co chodzi wolała wszystko przemilczeć, tylko po to, żeby Tomás był szczęśliwy... To się nazywa miłość, nie? No, ale Clara jednak namówiła ją do zmiany decyzji. Myślicie, że Julia zdąży powiadomić swojego ukochanego o tym, że jest w ciąży? A może gdzieś po drodze po raz kolejny się rozmyśli? Huhuh, nic nie zdradzę. Czekajcie na epilog, a razem z nim na małą niespodziankę 🙈

Cześć ♥

sobota, 9 września 2017

Rozdział 49 - Chcesz powiedzieć, że... jesteś w ciąży?

Wychodzę z apteki i zerkam na wyświetlacz telefonu. Do autobusu mam jeszcze siedem minut. Tym razem nie biegnę, tylko idę szybszym krokiem, bo powinnam zdążyć. Teraz, gdy mam to, po co przyjechałam, nie zależy mi już tak bardzo, aby wrócić w trybie natychmiastowym do Santa Rosa.
Nagle rozlega się dzwonek mojego telefonu. Mama dzwoni. Oj, tak. Potrzebuję jej teraz. Odbiorę.
- Halo?
- Esperazno - odzywa się Clara. - Jak się czujesz? Tata mi o wszystkim powiedział. Jesteś nadal u Tomasa? Mogę do ciebie przyjechać?
- Jest dobrze - odpowiadam. - Nie jestem już u niego, ale mogę do ciebie przyjechać.
- Lepiej będzie, jeśli to ja cię odwiedzę. Powinnaś dużo odpoczywać. Zaraz u ciebie będę.
- Mamo, nie znajdziesz w klasztorze - oznajmiam.
- W takim razie, gdzie? - dziwi się.
Co mam zrobić? Chyba powiem jej prawdę. Przecież kiedyś i tak musiałaby się dowiedzieć... No chyba, że okazałoby się, że to tylko fałszywy alarm, to po co mam ją niepotrzebnie denerwować?
- Szczerze? Nie mam bladego pojęcia. Wsiadłam w pierwszy lepszy autobus i odjechałam jak najdalej tylko mogłam.
- Coś się stało? - pyta zatroskana.
Jest moją mamą. Ma prawo wiedzieć.
- Opowiem ci wszystko, ale nie przez telefon. Przyjadę do ciebie. Za jakieś pół godziny powinnam być.
- Dobrze. Czekam na ciebie kochanie.

Pukam do drzwi. Nie czekam długo. Clara otwiera od razu, tak jakby stała zaraz za drzwiami i tylko czekała na moje pukanie.
- Hej - rzucam przechodząc do salonu.
- Cześć - uśmiecha się do mnie. - A gdzie masz habit?
- Zostawiłam go w klasztorze. Nie mogłam w nim załatwić tego, co musiałam. Z resztą zaraz sama się dowiesz.
- Ykm, oczywiście - przytakuje zmieszana. - Napijesz się czegoś? Kawy, herbaty?
- Poproszę wody - mówię.
Idziemy do kuchni. Siadam przy stole i patrzę jak mama nalewa mi wody do szklanki. Stawia ją przede mną i zajmuje miejsce na przeciwko mnie.
- Jest tata i Pedro? - pytam.
- Nie. Tata nie wrócił jeszcze z pracy, a Pedro nocuje dzisiaj u Loli.
- To nawet lepiej. Nie wiem, czy odważyłabym ci się o tym wszystkim powiedzieć, gdyby któryś z nich tutaj był - stwierdzam. - Nie chcę, żebyś mnie źle zrozumiała, bo bardzo ich kocham i ufam im, ale to co chcę ci powiedzieć jest dla mnie bardzo trudne i mam problem, żeby w ogóle o tym myśleć, a co dopiero komuś powiedzieć...
- Spokojnie, nie denerwuj się - łapie mnie za rękę. - Wiesz, że jestem twoją mamą i możesz mi powiedzieć o wszystkim?
- Wiem. Dlatego też do ciebie przyszłam - wzdycham. - To wszystko zadziało się tak nagle. Znaczy, nie do końca, bo jakieś oznaki tego pojawiały się już od kilku tygodni, ale ja je ignorowałam, bo nawet nie pomyślałam, że mogło mi się to przytrafić. Dopiero dzisiaj, trzy godziny temu na to wpadałam. Poczytałam trochę w internecie i wszystko się zgadza... Znaczy, nie mam jeszcze stu procentowej pewności, ale wszystko na to wskazuje...
- Kochanie, przepraszam, ale nie rozumiem. O czym mówisz? - patrzy na mnie z troską.
- Mamo... - czuję jak łzy spływają mi po policzkach. - Od jakiegoś czasu czuję się senna, szybko zmienia mi się humor, nie mam apetytu, mam mdłości i wymiotuję... No i nie mam okresu...
- Chcesz powiedzieć, że... jesteś w ciąży? - pyta.
- Nie wiem tego - wybucham płaczem. - Myślałam, że to przez ten natłok zmian czuję się tak, jak się czuję. Nawet przez myśl mi nie przeszło, że przecież takie same są objawy ciąży. W ogóle na to nie wpadłam. Dopiero dzisiaj, jak zemdlałam, przyśniło mi się, że rozmawiałam z pewną osobą na ten temat... - urywam, bo nie mogę się już wysłowić.
- Spokojnie - Clara podchodzi do mnie i mnie przytula. - Czyli nie robiłaś jeszcze testu, tak?
- Nie - odpowiadam mocniej się do niej przytulając. - Właśnie dlatego nie mam na sobie habitu, bo jakby ludzie na mnie patrzyli, gdybym w habicie poszła do apteki i kupiła test ciążowy? Pojechałam w swoich ubraniach jak najdalej, żeby przypadkiem ktoś mnie nie rozpoznał. Mamo, to jest okropne. Dlaczego właśnie teraz? Chwilę po tym, jak przyjęłam święcenia i naprawdę zapragnęłam iść drogą bliżej Boga? - pociągam nosem.
- Przecież jeszcze nie wiesz na pewno - stara się mnie uspokoić. - Nie zdecydowałaś się zrobić testu. Może jest tak, jak mówisz i to wszystko to zbieg okoliczności? Może to tak naprawdę skutki tych wielu zmian w twoim życiu w tak krótkim czasie...
Clara wypuszcza mnie z ramion i podaje chusteczkę. Wycieram w nią nos.
- To byłby zbyt ogromny zbieg okoliczności - stwierdzam. - Czas również się zgadza. Ostatni okres miałam przed tym, jak... stało się to, co musi się stać, żeby kobieta była w ciąży - mówię speszona.
- Zrobisz test i wszystkiego się dowiesz. Na razie, możemy sobie tutaj tak siedzieć i gdybać, ale po co mamy się stresować? Idź do łazienki i go zrób.
- Nie wiem, czy jestem na to gotowa - oznajmiam.
- Zrobisz, jak uważasz, ale pamiętaj, że jeśli jednak okazałoby się, że będziesz mamą, to będziesz musiała pozmieniać wiele w swoim życiu, a czas będzie ci tylko działał na niekorzyść - głaszcze mnie po włosach. - Nie chcę, żebyś popełniła ten błąd co ja. Nie jesteś z tym sama pamiętaj. Masz mnie, tatę, Pedro...
- Ale nie mam osoby, której powinno w takim samym stopniu zależeć na tym dziecku, jak mnie - stwierdzam ponownie zanosząc się do płaczu.
Clara znowu przytula mnie do siebie. Oj tak, bardzo tego teraz potrzebuję.
- Mogłabym dzisiaj zostać u was na noc? - pytam. - Nie chcę wracać do klasztoru i ich wszystkich okłamywać.
- Oczywiście, że możesz - odpowiada. - Ale pamiętaj, że nikogo nie oszukujesz. Przecież sama jeszcze nie wiesz, jaka jest prawda.
- Co nie zmienia faktu, że czuję się okropnie. Ledwo co zostałam nowicjuszką i gdy będę musiała odejść, żeby zająć się dzieckiem ci wszyscy, którzy we mnie nie wierzyli będą z triumfem powtarzać, że mieli rację. Mamo, przecież to będzie straszne - denerwuję się. - Przecież tyle osób we mnie nie wierzyło. Wszystkim wydaje się, że moje wstąpienie do zakonu to tylko chwilowa zachcianka i zaraz mi to minie, a przecież tak nie jest. Ja Boga traktuję całkowicie poważnie i w życiu nie zdecydowałabym się na taki krok, gdyby mi na nim nie zależało. Zacznie się gadanie, że taka ze mnie nowicjuszka, która tak pilnowała ślubów czystości, że zaszła w ciążę...
- Ale czym ty się stresujesz? Najważniejsze, że sama wiesz, jaka jest prawda. Co cię obchodzi co pomyślą inni? Wszyscy, którym na tobie zależy zrozumieją, a całą resztą nie warto się przejmować. Spójrz na mnie. Gdybym się nimi przejmowała do tej pory nie odzyskała bym córki i po ciuchu cierpiałabym w zakonie modląc się o to, abym kiedyś mogła wyznać ci prawdę. Ludzie na pewno gadali, że rzuciłam zakon dla mężczyzny. Nie znają mojej historii i raczej nigdy jej nie poznają. Nie możesz na nich patrzeć, bo wtedy jeszcze zgubisz się gdzieś po drodze tak, że będziesz patrzyła tylko na to, czy w oczach innych nie wypadniesz źle, gdy będziesz chciała zrobić coś, na czym zależało ci od dawna i ostatecznie tego nie zrobisz, bo im by to nie odpowiadało.
- Ja wiem, że ty masz rację, ale nie umiem teraz myśleć o tym inaczej. Bardzo boję się tego wszystkiego.
- Domyślam się kochanie... - daje mi buziaka w czoło. - Może położysz się już spać? Nie jesteś zmęczona?
- W sumie jestem - przytakuję. - Po za tym, przydałby mi się sen. Odrobinę boli mnie głowa.
- W takim razie idź się wykąpać, a ja pościelę ci łóżko w pokoju gościnnym. Rozumiem, że mam ci również przygotować szklankę ciepłego mleka? - uśmiecha się do mnie.
- Tak, poproszę - odpowiadam.
- Tak jak za dawnych starych czasów.
- Dokładnie.
Wstaję od stołu i ruszam do łazienki. Związuję włosy w wysoką kitkę, gdy słyszę pukanie mamy, która przynosi mi piżamę. Przejmuję ją od niej i zamykam drzwi. Biorę szybki prysznic, a następnie kieruję się prosto do pomieszczenia, w którym mam spać. Kładę się do łóżka.
- Proszę - Clara stawia kubek na nocnej szafce.
- Dziękuję bardzo - unoszę kąciki ust.
- Śpij dobrze - całuje mnie w głowę. - Dobranoc.
- Dobranoc.

- Uspokój się, z Tomasem wszystko w porządku. Jest trochę oszołomiony po znieczuleniu, ale wstanie, gdy będzie mógł - uspokaja mnie Clara.
- Chcę go zobaczyć. [...]
- Zbieramy panią na porodówkę - do sali wchodzi pielęgniarka.
- Nie będę rodzić bez ojca.
- Szyjka macicy jest rozszerzona. Wykorzystajmy okazję, że nie ma pani skurczy.
- Ściągnijmy tu ojca - nagle odczuwam mocny skurcz.
Pielęgniarka nie zamierza mnie słuchać. Zabiera mnie na salę porodową.
- Nie mogę! - krzyczę.
- Możesz mamusiu.
- Teraz nie, bo nie ma ojca.
- Nieważne, później zobaczy dziecko.
- Jakie później?! - denerwuję się. - Przez dziewięć miesięcy powtarzano mi, że ojciec powinien pomagać przy porodzie i co teraz?
- Nie denerwuj się, ja ci pomogę - mama łapie mnie za rękę. - Jestem.
- Widziałaś go?
- Nie. Rozmawiałam z lekarzem, powiedział to samo, co Marcos.
- Obudził się?
- Nie wiem, nie widziałam go - odpowiada. - Teraz musisz zająć się dzieckiem.
- Oddychaj - nakazuje pielęgniarka. - Niedługo urodzisz, skurcze są bardzo częste.
Głośno krzyczę i prostuję się z bólu. Nagle czuję, że ktoś łapie mnie za rękę.
- Dasz radę kochanie.
Otwieram oczy. To on.
- Przyszedł - cieszę się.
- Trzeba wezwać położnika - słyszę siostrę.
- Oddychaj tak, jak na zajęciach jogi. Dziecko zaraz się urodzi, spokojnie - mówi do mnie Ortiz, gdy ja całuję go w usta.
(...)
- Spokojnie, już niedługo - powtarza Tomás.
- Nie dam rady.
- Dasz radę. Dla naszego dziecka.
- Nie dam rady, jest uparte tak, jak my. Ten uparciuch nie chce wyjść. Kochanie, mama dłużej nie da rady.
- Wyjdę, powinnaś zostać z Tomasem - mówi Clara.
- Jestem przy tobie, zostaniemy razem - zapewnia mężczyzna.
- Bądź silna - mówi do mnie mama, a następnie wychodzi.
- Dam ci znać - rzuca do niej Oritz. - Bądź silna, nasze dziecko już się rodzi.
Oddycham jak najgłębiej tylko mogę. Co chwila dostaję buziaka w policzek. Nagle do sali wchodzi położna.
- Przyj mocniej, jak tylko ci powiem - mówi. - Spokojnie, wszystko będzie dobrze. Pomożemy ci.
Łapią mnie za ręce i w momencie, gdy dostaję znać zaczynam robić to, o co zostałam poproszona. Okropnie boli, jednak nie poddaję się, bo wiem, że warto.
- Widzę główkę.
Krzyczę z całej siły, żeby choć trochę mi ulżyło. Gdy przestaję słyszę płacz.
- Wasze dziecko już jest.*

Budzę się. Ten sen... On był... Niesamowity... Łapię się za brzuch. Przecież ja mogę mieć wewnątrz siebie dziecko... To jest niebywałe... Nagle zapominam o wszystkich troskach, które miałam w głowie jeszcze przed zaśnięciem. Chcę dowiedzieć się, czy rzeczywiście jestem w ciąży. Muszę to wiedzieć. Jestem przekonana, że to, co mi się przyśniło, miało mnie zmotywować do zrobienia tego, co powinnam zrobić już wczoraj. Wstaję z łóżka i zaczynam grzebać w swoich rzeczach, żeby odnaleźć test. Jest, mam go. Ruszam do łazienki. Na korytarzu mijam się z mamą.
- Dzień dobry - wita się. - Jak się spało?
- Całkiem dobrze - odpowiadam. - Miałaś rację, powinnam zrobić ten test jak najszybciej - mówię. - Nawet jeśli prawda będzie okrutna, to przecież muszę ją poznać. Zostało mi mało czasu.
- Zamierzasz go zrobić teraz? - dopytuje.
- Tak - przytakuję. - Poczekasz przed drzwiami? - proszę.
- Oczywiście - odpowiada Clarita i podchodzi do mnie. - Pamiętaj, że cokolwiek by się nie okazało, zawsze możesz na nas liczyć.
- Bardzo was kocham.
- My ciebie też - daje mi buziaka w policzek.
Uśmiecham się do niej przez łzy i zamykam za sobą drzwi. Otwieram papierowe opakowanie i czytam dokładnie ulotkę. Okej, chyba wszystko rozumiem, ale na wszelki wypadek przeczytam jeszcze raz. Każde słowo dokładnie powtarzam w głowie tak, jakbym się bała, że jak zrobię jakiś nieodwracalny błąd. Odkładam kartkę i chowam twarz w dłonie. Co ja robię? To bez sensu. Jeśli miałam zrobić jakiś nieodwracalny błąd to popełniłam go trzy miesiące temu, a to, że przeczytam dokładnie to, co napisał producent tego nie zmieni. Muszę wziąć się w garść. Wyciągam test i stosuję się do zaleceń, które przed chwilą przeczytałam. Teraz trzeba odczekać kilka minut. To chyba najdłuższe kilka minut w moim życiu.

* - fragment odcinka 188 (w Polsce 174). Zmieniłam tylko formę tak, aby zamiast bliźniaków była mowa o jednym dziecku, aczkolwiek nie odbierajcie tego jako spoilera, czy czegoś w tym rodzaju 😉

Dzień dobry, dobry wieczór, cześć! Co sądzicie o rozdziale? Jak Wam się wydaje, Espe jest w ciąży czy to jednak tylko jeden, wielki zbieg okoliczności? Jeśli tak, to w takim razie co z Tomasem? Huhuh, nasuwa się tyle pytań... Jednak wydaje mi się, że już we wtorek wszystko się wyjaśni 😀

Widzimy się już w rozdziale 50 ♥