poniedziałek, 31 października 2016

Rozdział 26 - Zawsze będę twoim przyjacielem

- Tomás nie baw się mną. Nie jestem zabawką, którą można się pobawić, a potem wyrzucić.
- Zdaję sobie z tego sprawę, ale jeśli myślisz, że tylko ty cierpisz z tego powodu, to jesteś w błędzie - zapewnia mnie.
- Dlaczego więc nie moglibyśmy spróbować?
- Bo to nie jest takie proste - mówi. - Doskonale to wiesz. Przynajmniej powinnaś.
- Tak, ale pomyśl. Jeśli oboje cierpimy, to nie lepiej byłoby gdybyś posłuchał swojego serca i zrobił to, o co ono cię prosi? Nie sądzisz, że miałbyś wtedy z górki?
- Esperanzo, kocham cię. Tak bardzo cię kocham... - oznajmia. - Ale moje powołanie również jest silne. Chciałbym... chciałbym być pewny...
- Nie musisz mi się tłumaczyć - przerywam mu.
- Chcę, żebyś mnie zrozumiała. Zależy mi na tym.
- Ale ja cię doskonale rozumiem - rzucam. - Miłość ludzka jest czymś normalnym i pięknym, ale miłość boska jest większa i niezwyciężona - wzdycham. - Naprawdę będzie lepiej jeśli pójdę już spać. Dobranoc - całuję go w policzek i odchodzę.
Wchodzę do swojego pokoju. Zamykam za sobą drzwi i rzucam się na łóżko. Obracam się w stronę ściany i przytulam do poduszki. Dlaczego to aż tak musi boleć? Dlaczego musiałam zakochać się akurat w nim? On jest księdzem. Nie mam żadnej szansy na wygranie z Bogiem. Nie warto walczyć, bo wiadomo, że to on wystartował o wiele szybciej... Gdybyśmy poznali się kilka lat wcześniej... To wszystko wyglądałoby zupełnie inaczej...
Niespodziewanie słyszę ciche pukanie, po którym drzwi nieco się uchylają. Zaciskam oczy chcąc udawać, że zasnęłam, ale wiem, że Tomás się na to nie nabierze. Minęło za mało czasu, abym mogła znaleźć się w krainie snu.
- Przepraszam - zaczyna podchodząc coraz bliżej. - Przepraszam, że z każdym dniem coraz częściej o tobie myślę, że boję się o ciebie, że jesteś dla mnie ważna, że darzę cię uczuciem, którym nie powinienem darzyć nikogo... Przepraszam, że... że się w tobie zakochałem...
Po tych słowach Tomás siada obok mnie. Dotyka dłonią mojej ręki co bardzo mnie rozprasza. Jest tak blisko... Jego obecność sprawia, że nie mogę się skupić...
- Proszę, nie miej do mnie żalu. Sam nie wiem co mam z tym wszystkim zrobić.
Czuję jego wzrok na sobie. Wiem, że się we mnie wpatruje, lecz mimo to, postanawiam się nie pokazywać tego, że nie śpię. Nie mam odwagi, żeby się do niego odezwać...
Tomás wzdycha, po czym podnosi się z łóżka. Mam wrażenie, że zaraz wyjdzie, ale zatrzymuje się jeszcze na moment przed drzwiami. Stoi przed nimi kilka dłuższych chwili. Słyszę jak naciska klamkę. Nie. Nie mogę pozwolić, aby tak po prostu wyszedł... aby moje złamane serce popsuło więź, która jest pomiędzy nami...
- Tomás... - wymawiam jego imię. - Nie chcę, żebyś był daleko.
Odwraca się i patrzy na mnie. Nie widzę jego wyrazu twarzy, bo w pokoju jest za ciemno, ale domyślam się, że raczej uśmiechu bym tam nie ujrzała.
- I nie będę. Nie potrafiłbym.
- Obiecujesz? Nie ważne, jak ciężko nam będzie to i tak zostaniesz przy mnie?
- Tak. Zawsze będę twoim przyjacielem.
Po tych słowach zaczynam płakać jak dziecko. Jest w nich tyle prawdy, a jednocześnie kłamstwa... On nigdy nie będzie dla mnie tylko przyjacielem. Będzie dla mnie kimś o wiele ważniejszym.
- Esperanzo - siada na łóżku i przytula mnie do siebie.
- Wiem, po prostu... Początki nigdy nie są łatwe - pociągam nosem. - Musisz mi wybaczyć, ale przez pierwsze kilka dni będzie ciężko mi się przyzwyczaić - mówię. - Czy mogłabym...? - pytam, ale nagle urywam.
- Tak?
- Czy mogłabym po raz ostatni cię pocałować? - nieśmiało zerkam mu w oczy. - Pytam, póki nie jest jeszcze za późno.
Nie dostaję od niego odpowiedzi. Zaraz po moich słowach, nasze wargi łączą się ze sobą. Jego
pocałunki są takie czułe, a jednocześnie delikatne... Zamykam oczy i skupiam się tylko na tym, co właśnie się dzieje, bo wiem, że prawdopodobnie już nigdy więcej się to nie wydarzy.
- Kocham cię - szepczę, gdy odsuwamy się nieco od siebie.
- Ja ciebie też - odpowiada muskając swoimi ustami moje czoło. - Śpij dobrze.

- Kiedyś będziemy razem, zobaczysz. Może nie za miesiąc, nie za dwa, ale za jakiś czas na pewno.
- O czym ty mówisz? Przecież jesteś księdzem. My nigdy nie będziemy mogli być razem.
- Jeszcze się zdziwisz. Za kilka lat, gdy będziemy leżeć we dwoje, przytuleni do siebie na kanapie w salonie, w naszym domu, po tym, jak powiem ci, że jesteś dla mnie wszystkim, dodam ciche "a nie mówiłem?", a ty wtedy pełna uśmiechu przytakniesz i pocałujesz mnie w usta.

Przebudzam się. Promienie słońca przebijające się przez zasłony rażą mnie w oczy. Obracam się na drugi bok chcąc z powrotem zasnąć, lecz szybko się rozmyślam, gdy tylko sobie przypominam, że zaraz za ścianą śpi Tomás. Siadam na łóżku i przeciągam się, a następnie wstaję i wychodzę po cichu z pokoju chcąc sprawdzić, czy mój gość nadal jest pogrążony w śnie. Jak się okazuje - nie jest. Stoi przy kuchence i coś smaży.
- Dzień dobry - wita się.
- Cześć - odpowiadam nieco zdziwiona.
- Właśnie kończę robić nam śniadanie. Dobrze, że sama wstałaś. Przynajmniej nie muszę cię budzić.
- Taaak - rzucam. - Zastanawia mnie tylko skąd wziąłeś jajka - oznajmiam patrząc na patelnię. - I to wszystko co leży na stole.
- Jak to skąd? Ze sklepu.
- Byłeś na zakupach? - pytam zaskoczona.
- Tak. Wstałem, wziąłem szybki prysznic i poszedłem coś kupić, bo wiedziałem, że nic nie masz.
- Naprawdę? Dziękuję ci. Oddam ci za to wszystko pieniądze. Nie teraz, bo teraz zbytnio nie mam jak, ale w najbliższej przyszłości.
- Przestań, nie musisz przecież. Jezus mówił, że głodnych trzeba nakarmić. Nie będę rozliczał się z tobą za jedzenie.
- Ale w końcu to ty jesteś moim gościem i to ja powinnam kupować ci pożywienie. Nie na odwrót.
- Och, no przecież nic się nie stało. Skończmy już ten temat - prosi. - Podałabyś mi dwa talerze?
Otwieram szafkę wiszącą na przeciwko mnie i wyciągam z niej dwa naczynia o jakie prosił mnie Tomás. Stawiam je obok niego na blacie i patrzę jak rozkłada na nie jajecznicę. Następnie podaje ją do stołu. Zajmuję jedno z miejsc, a on stawia jeszcze przede mną herbatę i siada na przeciwko.
- Smacznego - mówię i zaczynam się zajadać.
Podnoszę widelec do góry i wkładam go do buzi. Wow. Właśnie mam chyba okazję posmakować najlepszej jajecznicy jaka istnieje w Ameryce, a nawet może i na świecie.
- To jest... przepyszne... - oznajmiam.
- Dzięki. Starałem się jak mogłem, ale chyba odrobinę przesoliłem.
- Nie, nie. Jest świetne. Naprawdę mi smakuje.
- Niezmiernie mi z tego powodu miło - uśmiecha się.
To byłoby takie wspaniałe, gdybym mogła mieć tak codziennie... Gdybym każdego dnia wstawała obudzona przez mężczyznę mojego życia, który przygotowywałby mi najlepsze śniadania i zjadał je razem ze mną...
- O której chcesz wyjechać? - pyta mnie.
- No nie wiem. Zjem, wezmę prysznic i możemy jechać - odpowiadam. - A no i jeszcze wjechalibyśmy gdzieś do sklepu kupić jakieś jedzenie na drogę.
- Już to zrobiłem - oznajmia. - Spokojnie, nie musisz się o nic martwić. Byłem na dość obszernych zakupach.
- W takim razie jeszcze raz dziękuję - uśmiecham się. - Gdzie na nich byłeś? W tym spożywczaku na końcu ulicy?
- Ym, a coś z nim nie tak?
- Nie, wszystko w porządku. Ekspedientka nie była zdziwiona, że tam jesteś?
- Była. Nawet się mnie spytała, co tutaj robię.
- Co jej odpowiedziałeś?
- Że przyjechałem w odwiedziny do pobliskiej parafii, zwiedzam okolicę i akurat natrafiłem na ten sklep, a musiałem i tak zrobić zakupy, więc zrobiłem tam.
- Hahah, nowy człowiek w tym miasteczku to naprawdę sensacja, a co dopiero ksiądz. Pewnie już po całym mieście niosą się pogłoski o tym, że tutaj jesteś. Na całe szczęście zaraz wyjeżdżamy i obejdzie się bez reszty wywiadów - śmieję się.
- Zdawałem sobie sprawę z tego, że jakbym powiedział jej prawdopodobnie cokolwiek innego, to zaraz masa ludzi stałaby pod twoim domem chcąc znaleźć sobie jakąś nową sensację.
- To bardzo prawdopodobne. Jakbyś powiedział, że zatrzymałeś się u znajomego od razu by wytropili, w którym mieszkaniu.
- Na prawdę nie przeszkadza ci życie w miasteczku, w którym w żadnym stopniu nie ma anonimowości?
- Łatwo się do tego przyzwyczaić, jak mieszka się tu od małego. Jeszcze jak ludzie są życzliwi i serdeczni to naprawdę nie jest to problemem. Schody robią się dopiero wtedy, gdy stworzysz sobie wrogów, czyli w moim przypadku mam już przerąbane.
- No trudno, zdarza się - stwierdza.
Nagle rozlega się dzwonek. Od razu zaczynam panikować. No bo co, jeśli po drugiej stronie drzwi stoi osoba, która ma ochotę mnie zabić? Wcale by mnie to nie zdziwiło.
- Nie pójdziesz otworzyć? - pyta Tomás.
- Po co? Żeby osoba za drzwiami obrzuciła mnie jedzeniem czy czymś innym? Nie potrzebne mi to.
- A jeśli to coś ważnego?
- Wątpię. Nie było mnie tutaj pół roku i jakoś oprócz Pereyry nikt nie miał do mnie żadnej sprawy, dlaczego więc miałby mieć ją teraz? - wzdycham. - Dobra, pójdę. Ale jak zacznę krzyczeć to znaczy, że musisz mi pomóc.
- Jasne.
Wstaję od stołu i ruszam w stronę drzwi. Podchodzę do nich i biorę głębszy wdech, po czym pociągam za klamkę i widzę osobę, której kompletnie bym się tutaj nie spodziewała.
- Miguel? - dziwię się. - Co ty tu robisz?
- Gilda mi powiedziała, że przyjechałaś. Przyszedłem z tobą porozmawiać. Mamy wiele spraw do omówienia.
- Nie mogę teraz. Śpieszę się. Za godzinę wyjeżdżam, muszę się spakować...
- Jak to? Wyjeżdżasz? Znowu? Przecież wszystko się już wyjaśniło. Fabryka została zamknięta...
- Przez co ludzie tutaj mnie nienawidzą - dokańczam za niego. - Dlatego lepiej będzie jeśli opuszczę to miasteczko.
- Ale porozmawiaj ze mną proszę. Chciałbym chociaż wiedzieć czy my nadal...?
- Kochanie, kto przyszedł? - słyszę nagle z tyłu.
Na korytarz wchodzi ojciec Tomás. Pierwsze co przykuwa moją uwagę to to, że nie ma na sobie koloratki. Pochodzi do nas bliżej.
- Witam, Tomás - podaje rękę mojemu byłemu.
- Miguel.
Po tych słowach ksiądz obejmuje mnie ramieniem. Dopiero wtedy rozumiem co tak naprawdę się dzieje.
- Mogę w czymś panu pomóc?
- Przyszedłem porozmawiać z Julią, ale jak widzę, temat jest już nieaktualny - rzuca w moją stronę wymuszony uśmiech. - Będę już leciał inaczej spóźnię się na autobus. Żegnam - trzaska drzwiami.
Stoję przez chwilę w bezruchu wpatrując się w podłogę. W ramionach Tomasa czuję się jednocześnie tak dobrze, a jednocześnie tak niezręcznie po tym, co się wczoraj wydarzyło. Dlaczego w ogóle zdecydował się udawać mojego mężczyznę? Pewnie domyślił się, że chcę spławić Miguela jak najszybciej i chciał mi w tym pomóc...
- Dzięki - rzucam odsuwając się nieco od niego.
- Nie ma za co, drobnostka - unosi kąciki ust.
- Taaak... - rzucam. - Pójdę wziąć prysznic - oznajmiam i wchodzę do łazienki.
Zamykam za sobą drzwi i opieram się rękoma o umywalkę wpatrując się w swoje odbicie w lustrze. Miałam być silna. Miałam pokazać, że dam sobie radę... Nie potrafię... Nie umiem tak po prostu przestać czuć do niego tego, co właśnie czuję. Tak bardzo bym chciała, aby to co się tutaj dzieje mogło dziać się zawsze. Żeby całował mnie na dobranoc i na dzień dobry. Żeby przygotowywał mi śniadania. Żebym mogła mu sprzątać i gotować. Żeby obejmował mnie ramionami za każdym razem, gdy obok przejdzie chłopak, który spojrzy na mnie w sposób, w jaki tylko on może na mnie patrzeć... Żeby po prostu był tylko dla mnie...
- Panie Boże... - szepczę. - Pomóż mi proszę. Wesprzyj mnie. Pomóż mi zapomnieć. Spraw, aby moje serce przestało bić tylko dla niego. Ja próbowałam już wszystkiego. Trzymałam się z daleka, wyjechałam, ale nadal nie umiem sobie z tym poradzić... Najgorsze jest to, że oboje cierpimy przez nasze uczucia... On czuje coś, czego nie powinien. Niech chociaż on będzie szczęśliwy. Niech chociaż on zapomni i odda się tobie w pełni. Jeśli jemu się to uda, to ja jakoś dam sobie radę... Tylko oboje potrzebujemy twojej pomocy, bo jak widać, bez niej nie dajemy sobie rady...
Słyszę odgłos mojej komórki. Odblokowuję ekran i widzę wiadomość, której autorem jest mój były chłopak.
Miguel: Szybko znalazłaś sobie pocieszenie. Szczęścia na nowej drodze życia.
Oj, nawet nie zdaje sobie sprawy jak bardzo będzie mi to szczęście potrzebne...

Hej! I jak podobał się Wam rozdział? Mamy trzecie beso! Kto się cieszy? Heh... No tak, ale oprócz tego Esperanza i Tomás decydują się o sobie zapomnieć i zachować pomiędzy sobą odpowiedni dystans... Jak myślicie, czy im się to uda? Nie jestem co do tego do końca przekonana, ale się zobaczy ;)

Do następnego ♥


niedziela, 16 października 2016

Rozdział 25 - Tak strasznie chciałbym móc się o ciebie troszczyć

- Naprawdę przyjechał ksiądz tutaj tylko dla mnie? - mówię z uśmiechem. - To bardzo miłe z księdza strony.
- Źle się czułem z tym, że obiecałem ci, że będę na stacji, a jednak tego nie zrobiłem. Wiedziałem, że bardzo ci na tym zależy. Z resztą, dla mnie to też było ważne, a nie postarałem się wystarczająco, aby się tam pojawić.
- Och, niech ksiądz już nie przesadza. Przecież nic takiego się nie stało.
- No może i tak... - wzdycha. - Jestem Tomás. Nie musisz do mnie mówić "ksiądz". Przecież nie znamy się od dzisiaj.
- Wiem tylko teraz, gdy nie jestem nowicjuszką... Jakoś tak mi dziwnie. Nie wiedziałam, czy nadal mogę się tak do księdza, znaczy ciebie, zwracać - oznajmiam podając herbatę.
- Oczywiście, że możesz - uśmiecha się. - No i opowiadaj. Co się stało? Dlaczego obrzucili cię majonezem?
- Ach, szkoda gadać - wzdycham. - Wszyscy mnie nienawidzą za to, że fabryka została przeze mnie zamknięta.
- No, ale przecież to dobrze. Truła ludzi. Uratowałaś życie tym wszystkim, którzy tam pracowali.
- Oni tego nie widzą. Widzą tylko to, że nie mają pracy.
- Czasami zaskakuje mnie to jacy ludzie potrafią być niemyślący - mówi. - Nie chcę tu nikogo obrażać, no ale taka jest prawda - stwierdza. - I co teraz zrobisz?
- W sensie? - dopytuję, bo nie za bardzo wiem, o co mu chodzi.
- Przecież nie możesz tu zostać.
- Dlaczego tak twierdzisz?
- Jak sama powiedziałaś: oni cię nienawidzą.
- No tak, ale pewnie za jakiś czas im przejdzie i wszystko wróci do normy.
- Jesteś pewna? Esperanzo, powiedzmy sobie szczerze. Ludzie byli, są i zawsze będą mściwi. Wyrządzoną im krzywdę potrafią rozpamiętywać przez długie lata. Chcesz przez najbliższy czas po każdym wyjściu z domu wracać do niego obrzucona nie tylko jedzeniem, ale też obelgami? Chcesz czuć się tu niedobrze? Chcesz mieć wrażenie, że siedzisz tu za karę? Po co? Czy jest tego sens?
- To moja decyzja i moje życie. To miasto jest tym, w którym chcę mieszkać. Nigdy nie będę czuła się tu jak w więzieniu.
- Miasto jako miasto pewnie nigdy cię nie skrzywdzi. Gdy coś ci nie będzie pasowało zawsze będziesz mogła to zmienić. Gorzej z ludźmi. Nie potrafimy ich zmienić jeśli tego nie chcą, a jestem pewny, że gdy ktoś będzie chciał cię gnębić to będzie to mimo wszystko robił.
- Wtedy zgłoszę się na policję - oznajmiam.
- Ale czy to właściwe? Spójrz, jak sama powiedziałaś, wszyscy cię tu nienawidzą. Nie chcą cię, bo twierdzą, że zrobiłaś im krzywdę. Myślisz, że co zrobi policja? Aresztuje ich wszystkich? Nie, bo to niemożliwe. Zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie chciał ci dokuczyć. Nawet taki mały dzieciak, który dostarcza gazety uderzy cię nią w głowę, bo usłyszał od swoich rodziców, że jesteś niedobra. Naprawdę chcesz sobie robić celowo pod górkę? Jeśli chcesz pokazać, że jesteś silna, nie musisz robić tego w ten sposób. Przez to się jeszcze bardziej wykończysz niż wzmocnisz.
- Dlaczego mi to mówisz? - pytam patrząc na niego. - Uważasz, że nie dam rady?
- Martwię się o ciebie, nie rozumiesz? - odpowiada nawiązując ze mną kontakt wzrokowy. - Nie chcę, żeby stała ci się krzywda.
Wbijam wzrok w podłogę. Martwi się o mnie... Czyli... nadal coś do mnie czuje? Nie, raczej nie. To pewnie tylko przyjacielska troska...
- I nie myśl, że rzucam słowa na wiatr - dodaje po chwili. - Cały czas się o ciebie martwię. Nie tylko od momentu, w którym wsiadłaś do pociągu. Tak właściwie to od chwili, gdy cię poznałem. Gdy rozeszliśmy się na stacji po opuszczeniu autobusu. Zastanawiałem się dokąd jedziesz i czy jeszcze kiedyś będziemy mieli okazję się spotkać. Nawet nie zdajesz sobie sprawy jak bardzo się ucieszyłem widząc cię w klasztorze. Cieszyłem się, że będziesz blisko, żebym mógł mieć zawsze pewność, że nic ci nie jest - bierze głębszy wdech. - Dlatego, gdy dowiedziałem się, że wyjeżdżasz przestraszyłem się, że nie będę mógł już dłużej cię chronić. Nie myśl sobie, że w ciebie nie wierzę.
Wiem, że dasz sobie radę, ale coś w środku mnie chce wiedzieć, jak się czujesz i czy wszystko jest w porządku - mówi. - Tak strasznie chciałbym móc się o ciebie troszczyć. Nie tak jak teraz, o wiele bardziej. Ale nie mogę. I okropnie mi to przeszkadza...
- W takim razie, co ja mam zrobić? - pytam, gdy moje oczy są pełne łez. - Nie mam pracy, nie mogę się nigdzie indziej przeprowadzić, bo po prostu mnie na to nie stać.
- Proszę nie płacz - wstaje od stołu i podchodzi do mnie, aby mnie przytulić.
- La Merced jest jedynym miejscem, w którym mogę żyć, bo nie jest tu drogo. Ale masz rację, że z takimi ludźmi na pewno nie dam sobie rady. Nie znajdę pracy, nie będę miała nikogo, kto mnie wesprze... Chciałabym, żebyś był blisko... - mówię. - Bo tylko na ciebie mogę liczyć...
- Może w takim razie wróć do Buenos Aires? - proponuje całując mnie w czoło.
- A myślisz, że tam sobie poradzę? - rzucam.
- Przecież na jakiś czas będziesz mogła zamieszkać w klasztorze. Sprzedasz ten dom, znajdziesz pracę i zaczniesz od nowa... No i ja będę zawsze pod ręką.
- Jeszcze niedawno mówiłeś, że powinniśmy się od siebie trzymać z daleka - przypominam mu.
- Bo twierdziłem, że tak będzie lepiej - odpowiada. - Ale gdy jesteś daleko jest jeszcze gorzej.
Wypuszcza mnie nieco z uścisku i kuca przy moim krześle łapiąc mnie za rękę. Mam wrażenie, że to wszystko nie dzieje się naprawdę, że to jest tylko wymysł mojej wyobraźni, ale nie. On tu jest.
- Nie chcę, żebyś miał przeze mnie jakieś kłopoty.
- Nie będę miał. A nawet jeśli, to i tak nie będzie to ważne - oznajmia. - To co? Wracasz ze mną?
- Skoro twierdzisz, że tak będzie lepiej, to tak - mówię. - Ale muszę się jeszcze spakować. Chcę wziąć chociaż te najpotrzebniejsze rzeczy.
- Oczywiście. Doskonale to rozumiem.
- Może w takim razie zostańmy tu na noc? - proponuję. - Wyjechalibyśmy jutro rano. Wydaje mi się to lepsze niż podróż w środku nocy ze zmęczonym kierowcą.
- Ym - wzdycha. - Pewnie masz rację. Ba, a nawet na pewno. Ale nie wiem, czy to jest dobry pomysł, ponieważ...
- Spokojnie - przerywam mu. - Mam kilka łóżek w domu. Możesz spać w salonie, u mojej mamy, a nawet u mnie. Gdziekolwiek chcesz.
- No dobrze - przytakuje.
- W takim razie przydałoby się zjeść jakąś kolację - uśmiecham się. - Nie ukrywam, że jestem głodna jak wilk, gdyż moja kolacja wylądowała jakąś godzinę temu na mojej koszuli - śmieję się. - Tylko jest taki jeden mały problem.
- Jaki?
- Mam kompletnie pustą lodówkę. Jest tam dosłownie wielkie zero. Tak samo jak w szafkach.
- Może byśmy coś zamówili? - proponuje.
- To nie byłby taki zły pomysł, gdyby nie fakt, że jestem pewna, iż gdy podam swój adres osoba po drugiej stronie słuchawki od razu się rozłączy, albo odmówi mi przygotowania i dostarczenia jedzenia.
- A jeśli ja zadzwoniłbym ze swojej komórki? I pojechałbym swoim samochodem odebrać zamówienie?
- Wydaje mi się, że wtedy nie byłoby większego problemu - rzucam. - To co? Pizza? Wybacz, ale za sushi nie przepadam.
- Ja też nie. Wydaje mi się, że pizza będzie najodpowiedniejsza - stwierdza. - Niech zgadnę. Capriciosa z podwójnym serem?
- Skąd wiedziałeś? - pytam zaskoczona.
- Intuicja - odpowiada. - Nie no, żartuję. Słyszałem któregoś razu jak mówiłaś o swoim ulubionym jedzeniu i jakoś tak zapadło mi to w pamięci.
Przez dłuższą chwilę się mu przyglądam. On jest taki kochany, dobry, czuły... Po prostu świetny. Ciekawe czy jest świadomy tego, że podejmując się życia bliżej Boga złamał serca wielu kobiet. W tym również mnie... Jestem pewna, że niejedna dziewczyna poświęciłaby życie takiemu mężczyźnie.
- To co? Zamawiamy? - rzucam. - Wyciągnij telefon. Podyktuję ci numer.

- Powiesiłam ci na grzejniku ręcznik.
- Dziękuję - mówi, a następnie wchodzi do łazienki i zamyka za sobą drzwi.
Nadal nie mogę do końca w to uwierzyć. Ja i Tomás. Razem. W moim domu. Sami. Na noc. Aww... Ale i tak mogę być pewna, że do niczego pomiędzy nami nie dojdzie. Pomijając to, że bardzo bym chciała, to nie pozwolę sobie na to. Skrzywdziłabym go. W szczególności jego wiarę, a i tak raz już to zrobiłam i potem był pomiędzy nami dystans, który okropnie mi przeszkadzał.
Przynoszę z balkonu wywietrzoną pościel i zaczynam powlekać nią poduszki oraz kołdrę Tomasa. Zdecydował, że będzie spał w salonie. Chciałam, żeby poszedł spać do sypialni mojej mamy, albo chociaż do mnie, ale uparł się na kanapę i nie mogłam nic na to poradzić.
W pewnym momencie zaczynam rozmyślać. Zapominam o tym co robię i stoję w bezruchu wpatrzona w podłogę.
Ja i Tomás mieszkający razem w jednym domu... On wraca z pracy po bardzo ciężkim dniu kierując się prosto do łazienki, aby wziąć prysznic, a ja jako dobra żona przygotowuję łóżko, aby wygodnie nam się spało. Po kilku minutach mój mąż opuszcza pomieszczenie, w którym przebywa i podchodzi do mnie, żeby mnie przytulić. Obejmuje mnie swoimi rękoma, które są jeszcze wilgotne od wody, a następnie delikatnie całuje. Nagle zza jego pleców wybiega dwójka małych dzieci krzycząc do nas "Mamo, tato! Poczytacie nam bajki?"...
Uśmiecham się do siebie. To byłoby takie wspaniałe... Móc go mieć tylko dla siebie każdego dnia... Dzielić z nim wszystkie smutki, radości, problemy... Okazywać mu swoje uczucie...
- Esperanzo, wszystko w porządku? - słyszę nagle.
Zerkam w bok. To Tomás. Stoi przy wejściu do salonu wycierając włosy ręcznikiem. Jest na tyle blisko, żebym mogła poczuć jak cudownie pachnie.
- Tak, tak... - odpowiadam kontynuując swoją pracę.
- Jesteś pewna? Bo jakoś tak dziwnie wyglądasz - stwierdza. - Potrzebujesz pomocy?
- Nie dzięki, poradzę sobie.
- Bo wiesz, równie dobrze, sam mógłbym sobie pościelić.
- Jesteś gościem. Nie wypadałoby, żebyś sam sobie usługiwał - rzucam.
Zabieram się za powlekanie kołdry, a on podchodzi bliżej i zamierza mi pomóc. Jednak ja robię wszystko, żeby mu to utrudnić.
- Widzę, że coś jest na rzeczy - oznajmia. - Powiesz mi co się stało? Zrobiłem ci coś?
- Jesteś gościem - powtarzam.
- Nie chciałaś, żebym został? Jeśli ci to przeszkadza, mogę wsiąść do samochodu już teraz i wrócić do Buenos Aires.
- Nie o to chodzi - oświadczam przestając trzepać pościelą. - Jesteś gościem, a wolałabym, żebyś nim nie był.
- Co masz na myśli? Kompletnie cię nie rozumiem.
- Chciałabym, żebyś tu był. Nie jako gość tylko... - przerywam. - Nie, wybacz. To bez sensu. Dokończysz? Jestem zmęczona. Lepiej będzie jeśli pójdę już spać. Dobranoc - rzucam i wychodzę z pomieszczenia.
Idę w stronę swojego pokoju nie dając sobie spokoju. Boże, co ja zrobiłam? Co za cyrk ja tam odwaliłam? Przecież to było żałosne. Mogę się tylko modlić o to, że o tym zapomnimy i że gdy jutro wstanę wszystko będzie po staremu, ale założę się, że tak nie będzie. Pewnie Tomás znowu stwierdzi, że musimy zwiększyć dystans pomiędzy nami...
- Esperanzo - słyszę, lecz nie odwracam się do tyłu.
Dopiero, gdy czuję, że łapie mnie za rękę jestem zmuszona, aby się obrócić. Robię to niechętnie i staram się uniknąć kontaktu wzrokowego.
- Puść mnie - proszę. - Naprawdę bardzo chce mi się spać. Powinnam się położyć...
Nie daje mi dokończyć zdania, ponieważ nasze usta łączą się we wspólnym pocałunku. Zastanawiam się przez moment, czy to przypadkiem nie z mojej winy, lecz nie. Jestem prawie pewna, że to on zbliżył się do mnie, a nie ja do niego.
- Co? - to jedyne co udaje mi się wymówić, gdy odsuwamy się od siebie.
- Też chciałbym, żebyś znaczyła dla mnie coś więcej - mówi. - Tak strasznie tego chcę. Chyba jeszcze nigdy w życiu niczego tak bardzo nie pragnąłem jak ciebie... - oznajmia patrząc mi prosto w oczy. - Chciałbym być z tobą.
- Słucham?
- Dobrze słyszałaś. Chcę być z tobą. Teraz, za miesiąc, dwa, rok, dziesięć lat. Nie chcę, aby jakiś inny mężczyzna miał cię przy swoim boku.
- Jesteś pewny tego co mówisz? - pytam.
- Jeszcze nigdy w życiu nie byłem aż tak pewny - stwierdza. - Lecz niestety nie mogę cię mieć.
- No jasne. Bóg był pierwszy - rzucam odsuwając się od niego.
Ruszam w stronę swojego pokoju starając się powstrzymać wszystkie emocje jakie właśnie we mnie siedzą. Jeszcze chwila. Za moment będę mogła się na spokojnie wypłakać...
- Ale to ty zawsze będziesz na pierwszym miejscu.

Cześć i czołem! Podobał się dzisiejszy rozdział? Tomi i Espe tak blisko siebie, a jednocześnie tak daleko... Jak myślicie? Jak to wszystko się dalej potoczy? No i czy dojdzie do czegoś czy nie dojdzie? Chcę tak tylko na marginesie przypomnieć, że już dwa razy pojawiło się beso ^_~
Dzisiaj mam również takie małe ogłoszenie, mianowicie przebrnęliśmy już przez równą połowę tej historii, więc to jest dobry moment, aby zrobić sobie niedługą przerwę! Dla tych, co są kilka rozdziałów do tyłu, bądź dopiero przed chwilą natrafili na to opowiadanie, to jest ten czas, podczas którego można nadrobić wszelkie zaległości. Widzimy się już 31 października w Halloween! ;)

Do następnego ♥

piątek, 14 października 2016

Rozdział 24 - Wybacz, ale nie rozmawiam ze zdrajcami

No i jestem w domu. Od jakiś dobrych dwóch godzin, ale kompletnie nie mam pojęcia co mogę ze sobą zrobić. Pierwszą rzeczą, jaką wykonałam, gdy tu weszłam, było rzucenie plecaka na podłogę i położenie się na sofie w salonie. Zostałam tak aż do teraz, bo co innego miałabym zrobić? Niby wiem, że mam wiele spraw do załatwienia, ale jednak żadna z nich nie wydaje mi się być dobra na tę chwilę.
Biorę telefon do ręki i piszę smsa do mojej kuzynki Gildy, która od zawsze była moją najlepszą przyjaciółką. Od małego spędzałyśmy ze sobą każdą wolną chwilę i pomimo tego, że bardzo często się kłóciłyśmy kocham ją ponad życie i jest dla mnie jedną z tych najważniejszych osób.
Julia: Cześć, jesteś w domu? Może gdzieś wyskoczymy? ;)
Pewnie ma do mnie żal, że tak długo się do niej nie odzywałam. Jednak, gdy opowiem jej o tym wszystkim, co przeżyłam w ciągu ostatnich kilu miesięcy na pewno mnie zrozumie. Tylko dlaczego nie odpisuje? Zawsze otrzymywałam od niej odpowiedź od razu po napisaniu... Może jest czymś zajęta?
Podnoszę się z kanapy i przechodzę do sypialni mojej mamy. Rozglądam się dookoła i robi mi się tak jakoś smutno. Jakoś tak tutaj... pusto... Jestem tylko ja. Nie ma nikogo więcej. Dlaczego czuję, że zostałam sama? Nigdy nie miałam zbyt wielu przyjaciół, bo byłam osobą z innym charakterem, ale byłam pewna, że ci, którzy byli przy mnie byli na zawsze... Chyba jednak się pomyliłam...
Zerkam w stronę drzwi prowadzących na strych. Jeszcze niedawno musiałam się tam chować przed Pereyrą, a teraz mogę tutaj swobodnie chodzić nie martwiąc się o to, bo trafił on do więzienia. Gdyby nie było wtedy ze mną Tomasa, to pewnie wszystko rozegrało by się inaczej. Nie wpadłabym na to, żeby schować się tam i poczekać aż sobie pójdzie. Spróbowałabym stąd wybiec, ale nigdy nie wiem jak mogłoby się to skończyć. Jak dobrze, że nie byłam wtedy sama...
Wchodzę po schodach na górę i powoli otwieram drzwi. Przygryzam dolną wargę. Niby zwykły strych, ale stało się tu coś, o czym nigdy nie zapomnę. Zerkam na szafę stojącą tuż obok. Jakiś czas temu siedzieliśmy oparci o nią i rozmawialiśmy...
- Tak, jestem pewna - odpowiadam. - Tomás... kocham cię - mówię nieśmiało. - Kocham cię. Myślałam, że to tylko chwilowe zauroczenie, ale nie. Pomyliłam się. Zakochałam się w tobie i nic na to nie poradzę - po policzkach spływają mi pierwsze łzy. - Naprawdę tego nie chcę. Staram się o tobie zapomnieć, ale nie potrafię. Nie umiem... Przepraszam... - płaczę już całkowicie.
- Nie płacz... - prosi delikatnie mnie obejmując. - Nie możesz przepraszać za swoje uczucia. Serce zakochuje się w drugiej osobie nie patrząc na to, kim ona jest. Zbyt często zakochuje się w ludziach, w których nie powinno, a my nie możemy nic z tym zrobić... - wzdycha i wypuszcza mnie z uścisku. - Jeśli już jesteśmy wobec siebie zupełnie szczerzy, ja również chciałbym ci coś powiedzieć.
- Tak? - rzucam pociągając nosem.
- Ja... - zastanawia się przez moment. - Ja też jestem zakochany... w tobie. I ja też nie potrafię sobie z tym poradzić.
Następnie przenoszę wzrok nieco dalej, na miejsce, gdzie ponad tydzień temu stało się coś, co nigdy
nie powinno zajść, a jednak się wydarzyło... Pocałowaliśmy się... Nigdy tego nie zapomnę.
- Nie powinniśmy... - szepcze nieco odsuwając się ode mnie. - Bóg nam tego nie wybaczy - stwierdza.
- Podobno Bóg wybacza wszystko - mówię. - I tak już zgrzeszyliśmy. Nic teraz na to nie poradzimy... Tak samo jak ja nie poradzę nic na to, że cię kocham...
Tak bardzo chciałabym, żeby tutaj był... Nie musiałby nic robić, jego obecność zupełnie by mi wystarczyła... Jednak nie. On jest w Buenos Aires. Kilkadziesiąt kilometrów stąd. Pewnie się właśnie modli albo rozwiązuje jakieś klasztorne sprawy... Wzdycham. Nagle rozmyślenia zakłóca mi odgłos telefonu. Dostałam smsa. Czyżby to on? Może też właśnie o mnie myślał?
Gilda: To ty żyjesz???
Jednak nie. To moja kuzynka. No, ale zawsze coś.
Julia: Jak widać. Wyjaśnię ci wszystko. Spotkajmy się w kanapkarni za piętnaście minut, dobra?
Gilda: A skąd mam mieć pewność, że to ty?
Julia: Przyjdź, a się przekonasz :)
Gilda: Nie wiem, czy to dobry pomysł.
Julia: Nie każ mi długo prosić.
Gilda: No dobra, ale ty stawiasz.
Wychodzę z pomieszczenia i zamykam za sobą drzwi. Kieruję się do salonu. Podnoszę z podłogi plecak i wyciągam z niego wszystkie niepotrzebne mi rzeczy. Oprócz tego zaglądam do portfela i jestem przerażona pustką jaką tam zastaję. Całe szczęście, że mam jeszcze kilka ukrytych oszczędności. Od jutra zajmę się szukaniem pracy. Nie będzie łatwo, bo nie skończyłam żadnych studiów, ale myślę, że coś jednak uda mi się znaleźć.
Wchodzę do mojego pokoju i otwieram szafę. Szukam jakiś ubrań na wyjście. Decyduję się na założenie koszuli, dżinsów i czarnej czapki. Następnie podchodzę do swojej świnki skarbonki i wyciągam z niej 50 pesos, które chowam do portfela, a następnie do plecaka. Przeglądam się jeszcze w lustrze i gdy stwierdzam, że wyglądam nawet dobrze, wychodzę z domu i ruszam w stronę kanapkarni.

- Cześć - rzucam, a następnie daję jej buziaka w policzek. - Jak dobrze cię znowu widzieć.
- Jak śmiałaś się tak długo do mnie nie odzywać? - pyta, gdy ja zajmuję miejsce na przeciwko niej. - Martwiłam się o ciebie. W ogóle nie dawałaś znaków życia. Nie odbierałaś telefonów ani nic.
- Wybacz, ale musiałam uważać. No, ale nie ważne. Zaraz ci to wszystko wytłumaczę tylko pierw może coś zamówmy. Jestem tak głodna, że zjadłabym konia z kopytami.
- Dobrze. Kelner! - krzyczy Gilda. - Kelner!
Do stolika podchodzi właściciel knajpy Rico, który prywatnie był moim dobrym znajomym. Uśmiecham się do niego, lecz on tego nie odwzajemnia. Patrzy na mnie, powiedziałabym nawet, że ze złością.
- Ja poproszę kanapkę wegetariańską z sokiem pomarańczowym, a ty Julio? Julio?
- Ym, tak?
- Co chcesz?
- Ekm, kanapkę numer 7 z colą.
- Na wynos czy na miejscu?
- Na miejscu.
Nieco odzwyczaiłam się od mojego prawdziwego imienia, a nawet mogłabym powiedzieć, że kompletnie o nim zapomniałam. Tak bardzo przyzwyczaiłam się do "Esperanzy", że przestałam reagować na "Julia".
- Rico jest jakiś dziwny - mówię.
- Dlaczego tak myślisz?
- Wydaje mi się, że był taki trochę chamski... - oznajmiam. - Może po prostu miał gorszy dzień - dodaję po chwili.
- Nienawidzi cię.
- Słucham? - mam wrażenie, że się przesłyszałam.
- Nienawidzi cię. Tak, jak reszta miasta.
- O czym ty mówisz?
- Jak to o czym? Przez ciebie zamknęli fabrykę. Ludzie są źli. Pół miasta straciło pracę, zostali bezrobotni i nie mają jak zarabiać na chleb.
- No, ale przecież fabryka truła ludzi.
- Ale była głównym źródłem dochodu w La Merced - stwierdza. - Założę się, że tamta grupa rozwścieczonych osób również przyszła tu do ciebie.
Odwracam się i widzę około piętnastu, dwudziestu osób, które nie wyglądają na zadowolonych. Wszystkich z nich kojarzę, a to tylko dlatego, że moje miasteczko jest bardzo małe i każdy zna każdego. Grupa zauważa mnie siedzącą przy stoliku i podchodzi bliżej.
- Tutaj jesteś - mówi jeden z mężczyzn. - Zdziwiło mnie, jak się dowiedziałem, że przyjechałaś. Naprawdę miałaś czelność, żeby się tutaj pojawić po tym co zrobiłaś? Podziwiam cię za odwagę.
- Fabryka truła ludzi. Gdyby jej nie zamknęli nie wiadomo, jak dużo osób mogłaby umrzeć z tego powodu.
- Czterysta osób z naszego miasta straciło pracę. Czterysta. To kolosalna liczba. Z czego będziemy się teraz utrzymywać?
- Nie wiem. Naprawdę nie wiem, ale...
- Biedna dziewczynka. Mamusia jej umarła ze starości, a ta obwinia o to fabrykę i zamyka ją - rzuca jakaś kobieta z tyłu, której twarzy niestety nie widzę. - To, że cierpisz nie znaczy, że inni również muszą.
- Przegięliście. Chciałam dobrze, a to, że tego nie doceniacie to już nie moja sprawa - mówię zdenerwowana. - Chodź Gilda, idziemy - zerkam na moją kuzynkę. - Gilda?
- Ym, tak? Wybacz, ale nie rozmawiam ze zdrajcami.
- Że co? - dziwię się. - No dobra, w takim razie idę sama. Nie pozwolę, żebyście dłużej mnie obrażali.
Wstaję od stołu i zmierzam w stronę wyjścia, gdy nagle podchodzi do mnie Rico. Trzyma w ręku moje zamówienie, które w mgnieniu oka ląduje na mojej koszuli. Mam ochotę mu wykrzyczeć prosto w twarz jaki jest okropny, ale powstrzymuję się i z oczami pełnymi łez wychodzę z budynku.
Idę ulicą chcąc jak najszybciej znaleźć się w domu. Nie wierzę, że ci wszyscy ludzie są naprawdę tacy ślepi i że liczą się dla nich tylko pieniądze, a zdrowie nie. Że żaden z nich nie zauważył, że naprawdę nie chciałam zrobić nic złego tylko najzwyczajniej w świecie chciałam im pomóc. W każdym razie myślałam, że im pomagam. Byłam tego pewna do ostatniego dnia w Buenos Aires. Widocznie nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak bardzo się mylę. Słyszę odgłos mojego telefonu. Sms. Już się boję. Wszyscy w mieście mają mój numer telefonu. Że też nie zostawiłam sobie tego nowego, który miałam w klasztorze...
Gilda: Mówiłam, że to nie najlepszy pomysł.
Niech ona się nawet do mnie nie odzywa. Odwróciła się ode mnie w najgorszym możliwym momencie... Była jedyną osobą, na której wsparcie mogłam w tamtej chwili liczyć, a ona tak po prostu nazwała mnie zdrajczynią.

Jestem już blisko. Wchodzę na swoją ulicę. Za jakieś dwie minuty będę mogła się zamknąć w swoim domu i na spokojnie wszystko przemyśleć, bo kompletnie nie mam pojęcia co mam ze sobą dalej zrobić. Zbliżam się coraz bardziej, gdy nagle zauważam, że przed budynkiem, w którym mieszkam stoi czarny samochód. Zaczynam panikować. Pewnie ktoś przyjechał, żeby na mnie nakrzyczeć, a korzystając z okazji, że nie ma mnie w środku powybija szyby czy coś takiego. Jednak zerkając na rejestrację można rozpoznać, że to auto nie jest ani stąd, ani z okolic. W takim razie chyba nie muszę się bać... Chyba, że to Pereyra jakimś cudem wyszedł z więzienia, dowiedział się, że wróciłam do siebie i przyjechał tu, aby mnie zabić. Jeśli tak, to powinnam wiać.
Zastanawiam się przez moment, czy naprawdę nie powinnam stąd odejść, lecz gdy się już na to decyduję, jest za późno. Osoba wychodzi z mojego podwórka, więc zaraz na pewno mnie zobaczy i rozpozna. Boże proszę, niech nic złego dziś mi się już nie przytrafi. Przyglądam się bardziej. Na pewno nie jest to Germán, bo on był łysy, a ten mężczyzna nie jest... Chwila, chwila... Czy to przypadkiem nie jest...
- Ksiądz Tomás? - mówię na głos.
Osoba odwraca się i moje przypuszczenia okazują się prawidłowe. Tak, to rzeczywiście on. Zupełnie nie mogę w to uwierzyć. Jak?
- Tomás - powtarzam i podbiegam do niego, aby się przytulić.
Rzucam mu się w ramiona, a on po chwili obejmuje mnie rękami. To takie cudowne, czuć go znowu blisko. Nie wierzę, że jest tu naprawdę...
- Esperanza - szepcze jakby z zachwytem.
Nagle uświadamiam sobie, że nie powinnam tak stać z nim na ulicy. Jeszcze ktoś nas zobaczy i pomyśli sobie niestworzone rzeczy, a nie chciałabym, żeby miał przeze mnie problemy. Niechętnie wypuszczam go z uścisku, a następnie odsuwam się od niego o kilka kroków.
- Ym, cześć - witam się.
- Cześć. Pukałem do drzwi, ale nie było cię w środku - tłumaczy się. - Co ci się stało? Dlaczego jesteś cała umazana majonezem?
- Długo by opowiadać - odpowiadam. - Powiem w wielkim skrócie, ludzie mnie tu nienawidzą, więc zostałam obrzucona kanapką - oznajmiam zerkając na swoją brudną koszulę. - Co ksiądz tutaj robi? - pytam. - Coś się stało?
- Nie. Przyjechałem cię odwiedzić - nieśmiało na mnie patrzy. - Tęskniłem za tobą - dodaje niepewnie.
- Przecież wyjechałam raptem kilka godzin temu.
- Miałem wyrzuty sumienia, że nie przyjechałem na dworzec się z tobą pożegnać. Stwierdziłem, że wsiądę w samochód i pożegnam się w taki sposób, w jaki powinienem.
- W takim razie może ksiądz wejdzie i napije się czegoś?
- Tak naprawdę nie mam zbyt wiele czasu...
- Proszę, niech ksiądz nie każe mi długo nalegać - unoszę kąciki ust. - Skoro jechał ksiądz do mnie tyle czasu to niech zostanie ksiądz chociaż na herbatę.
- W sumie, czemu nie? - uśmiecha się, a następnie ruszamy w stronę wejścia.

Hej! Jak podobał Wam się rozdział? Esperanza, a raczej Julia, wróciła już do La Merced, jednak nie jest tam zbyt mile widziana... Zupełnie niespodziewanie napotyka tam Tomasa, który żałuje, że nie pożegnał się z nią w odpowiedni sposób... Co się dalej wydarzy? Wpadnijcie w niedzielę, a się przekonacie ;)

Do zobaczenia ♥

środa, 12 października 2016

Rozdział 23 - Przed chwilą złożyłam rezgnację. Od jutrzejszego poranka nie będę się już tutaj kręcić

- Dlaczego mnie matka wezwała? - pytam. - Coś się stało?
- Można tak powiedzieć. Usiądź proszę - wskazuje krzesło.
Zajmuję dane miejsce i opieram się rękoma na biurku. Jej mina sugeruje, że zapowiada się poważna rozmowa.
- Dobrze, że sprawa twojej mamy została w końcu rozwiązana - zaczyna.
- Tak. Nawet nie wiesz, jaka jestem szczęśliwa. Prawie wszystko poszło po mojej myśli. Gdyby nie to, że próbowano wkręcić w to ojca Tomasa, to powiedziałabym nawet, że wszystko wyszło bardzo dobrze.... - uśmiecham się lekko. - Do czego zmierzasz?
- Skoro nie grozi ci już żadne niebezpieczeństwo powinnaś opuścić klasztor.
Słysząc to zdanie dosłownie mnie zamurowało. Tak, od samego początku do tego dążyłam, ale nie zdawałam sobie sprawy, że nastąpi to o wiele szybciej niż myślałam... Że tak teraz? Że już?
- Nie chcę, żeby to brzmiało w sposób, jakbym cię wyganiała, bo tak nie jest. Po prostu nie powinnaś już dłużej udawać nowicjuszki. To niesprawiedliwe wobec Boga i pozostałych sióstr, które myślą, że tak naprawdę nią jesteś.
- Wiem - przytakuję. - Masz rację. Jutro rano już mnie tu nie będzie.
- Uwierz, naprawdę cię stąd nie wyrzucam. Jeśli nie masz się gdzie podziać, to zostań tu jeszcze trochę. Po prostu zrezygnuj z noszenia habitu.
- Będzie lepiej jeśli wrócę do La Merced - wzdycham. - Dziękuję, że pozwoliłaś mi się tu schować. Wybacz, ale teraz pójdę do swojego pokoju. Spakuję się.
- Nie ma sprawy. Tylko nie wychodź rano bez słowa.
- Spokojnie, nie wyjdę - obiecuję.
Ruszam w stronę sypialni, którą jeszcze dziś mogę nazwać swoją. Od jutra wszystko się zmieni... Nagle zauważam, że do drzwi idzie biskup. Dlaczego on tutaj jest? I o tak późnej porze?
- Dobry wieczór - witam się. - Co ekscelencja tutaj robi? - pytam.
- Byłem na rozmowie z ojcem Tomasem - odpowiada. - Dobrze, że cię spotkałem, ponieważ z tobą również chciałem coś omówić.
- W takim razie może przejdziemy do biura? Nie rozmawiajmy tutaj.
- Nie, nie. To dosłownie kilka słów - rzuca. - Chciałem cię tylko zapytać, czy jesteś pewna swojej wiary, swojego powołania?
- Dlaczego ksiądz o to pyta? - dziwię się.
- W żaden sposób nie chcę cię urazić - zapewnia. - Wydajesz mi się osobą, która ma pełno planów i pomysłów, przez co nie jest przekonana do takiego życia. Mogę być w błędzie, ale...
- Nie, nie jest ksiądz - odpowiadam wtrącając się. - Przed chwilą złożyłam rezygnację. Od jutrzejszego poranka nie będę się już tutaj kręcić - oznajmiam.
- Naprawdę?
- Tak - wzdycham. - A teraz przepraszam, ale muszę pójść się spakować. Powinnam jak najszybciej się stąd wynieść.
- Oczywiście, rozumiem. Szczęść Boże.
- Szczęść Boże - żegnam się i odchodzę.
Teraz to wszystko ma się niby zakończyć? Tak po prostu schowam swoje rzeczy do plecaka, ściągnę z siebie habit i wyjdę? Zostawiając to wszystko co się tutaj zdarzyło i mogłoby się wydarzyć gdybym została? Zostawię Concepción, Clarę, Dianę, Nieves? No i przede wszystkim Tomasa, który przez ostatnie kilkadziesiąt tygodni wymalowywał uśmiech na mojej twarzy i sprawiał, że czułam się inaczej niż dotychczas? To nie jest takie proste, na jakie wyglądało gdy o tym myślałam wcześniej...
Przechodzę obok pokoju Tomasa. Widzę, że światło się u niego świeci, czyli raczej jest w środku. Zastanawiam się przez moment czy powinnam tam wejść. Jestem prawie pewna, że tak, ale jednak coś wewnątrz mnie podpowiada mi, że nie powinnam tego zrobić. Coś mi mówi, że biskup Marcucci był u niego w sprawie prywatnej, a nie dotyczącej Kościoła. I co więcej - że to miało związek ze mną. Mimo to decyduję się i pukam do drzwi. Po chwili słyszę wyraźne "proszę".
- To ja - mówię wchodząc. - Przyszłam z tobą porozmawiać - oznajmiam.
- Nie możemy zrobić tego kiedy indziej? Jestem bardzo zmęczony i właśnie kładłem się spać - rzuca podnosząc się z klęcznika.
- Zajmę naprawdę tylko chwilę - nalegam.
- Esperanzo, doskonale wiesz, że powinniśmy zachować między sobą dystans. Byliśmy zbyt blisko i zrobiliśmy coś, czego nie...
- Ja nie przyszłam, żeby mówić o tym - przerywam mu. - Mam naprawdę coś ważnego do powiedzenia.
- W takim razie słucham.
- Nie wiem, jak mogę ci o tym powiedzieć, ale chyba powiem prosto z mostu, bo nie chcę przeciągać - zaczynam. - Jutro wyjeżdżam.
- Dokąd? Na jak długo?
- Do La Merced. Na jak długo jeszcze nie wiem, okaże się, ale najprawdopodobniej na zawsze.
- Jak to na zawsze? - dziwi się. - Przecież w La Merced nie ma klasztoru.
- Tak. Właśnie w tym rzecz, że... - wzdycham - Nie jestem już nowicjuszką - ściągam kornet z głowy. - Po tym wszystkim co się działo w ostatnim czasie stwierdziłam, że na to nie zasługuję.
- Każdy zasługuje jeśli tylko chce.
- Sądzę, że moje powołanie niestety gdzieś wygasło. Nigdy nie myślałam, że to się stanie, a jednak. Złożyłam już wymówienie. Jutro rano już mnie tutaj nie będzie.
- Cóż. To tylko i wyłącznie twoja decyzja. Wiedz jednak, że będzie nam tu ciebie brakować.
- Mnie również będzie pusto bez tego wszystkiego - mówię. - O 8:13 mam pociąg na głównym dworcu.
- Dlaczego mi to mówisz?
- Bo chciałabym, żebyś tam przyszedł.
- Postaram się, ale niczego nie obiecuję.
- Proszę, to dla mnie naprawdę ważne.
- Wiesz, że my...?
- ... nie powinniśmy być blisko? - kończę jego zdanie. - Wiem, ale nie wydaje mi się, że przez to, że pożegnamy się jutro rano zrobimy coś niewłaściwego. Tomás, proszę. Jeśli nie chcesz tego zrobić dla mnie jako twojej znajomej, to zrób to dla mnie jako zakonnicy.
- Problem w tym, że ty już nią nie jesteś - stwierdza.
- Dobrze, w takim razie, jeśli nie chcesz, to nie będę cię do tego zmuszać. Zależało mi na tym, ale trudno. Cześć - rzucam i wychodzę.
Wchodzę do swojego pokoju i siadam na łóżku. Wzdycham. Ostatnia noc spędzona tutaj. Odkąd tylko się tutaj pojawiłam wiedziałam, że muszę wszystko jak najszybciej załatwić, żebym tylko mogła opuścić to miejsce. Jednak teraz, gdy ta chwila jest już tak blisko... Okropnie nie chcę, żeby nadeszła...
- Wyjeżdżasz? - nagle do pokoju wbiega rozemocjonowana Clara. - Jak to? Dlaczego?
- Wszystko się już wyjaśniło. Nie mam po co dłużej tu być.
- Nie masz po co? A Diana i Nieves? Matka przełożona? Ja?
- Wy wszystkie jesteście dla mnie bardzo ważne, ale po prostu nie mogę tu już dłużej przebywać...
- Jeśli chcesz, porozmawiam z Concepción. Ona na pewno coś wymyśli i będziesz mogła tu jeszcze zostać.
- Nie, dziękuję Claro, ale nie mogę. To miejsce jest dla osób, które chcą swoje życie poświęcić Bogu. Przez kilka miesięcy udawałam taką osobę tylko dlatego, że potrzebowałam schronienia. Bóg może mi to wybaczy, lecz gdybym została tu wbrew jego woli, to dręczyłoby mnie sumienie. Kto wie, może kiedyś się nawrócę i zdecyduję tu wrócić? Nigdy nie wiadomo. Jednak na chwilę obecną muszę się stąd wyprowadzić.
- Jesteś pewna tego, co mówisz?
- Jak najbardziej.
- Ekm, w takim razie nie pozostaje mi nic więcej, jak życzyć ci powodzenia.
- Dziękuję - odpowiadam. - Nie tylko za to, ale za wszystko co dla mnie robiłaś każdego dnia i za to, że po prostu byłaś.
- Nie ma za co. Cieszę się, że miałam okazję cię poznać - uśmiecha się ze łzami w oczach. - Obiecaj chociaż, że będziesz do mnie dzwonić. Przynajmniej raz w miesiącu, żebym była pewna, że nic ci nie jest.
- Obiecuję, a teraz wybacz, ale chciałabym pójść spać. Muszę jutro wstać o wczesnej porze, a jeszcze czeka mnie pakowanie.
- No tak... - wzdycha. - Dobranoc.
- Dobranoc - powtarzam i przytulam ją do siebie.
Clarita opuszcza pomieszczenie, a ja siedzę chwilę zamyślona. Będę za nimi wszystkimi strasznie tęsknić. Nawet za tą okropną Genovevą, która nigdy mnie nie lubiła i zawsze chciała mi dokuczyć. Wzdycham i podnoszę się z łóżka, a następnie ruszam do łazienki, gdzie biorę szybki prysznic i przebieram się w piżamę.
Piętnaście minut później leżę w łóżku i już prawie zasypiam, gdy rozbudza mnie odgłos mojego telefonu. SMS. O tej porze? Może to coś ważnego? Podnoszę się i biorę komórkę do ręki.
Tomás: Śpisz?
Tomás: Nie mogę zasnąć. Myślę o twoim jutrzejszym wyjeździe.
Tomás: Przepraszam, nie wiem, dlaczego to napisałem. Zapomnij.
Chciałabym coś mu odpisać tylko czy to ma sens? Wpatruję się przez kilka sekund w wyświetlacz, po czym podłączam telefon ponownie do ładowarki i kładę głowę na poduszce. Nawet nie wiem ile czasu mija zanim odlatuję do krainy snu. Jestem przekonana, że niewiele.

- Tomás - uśmiecham się na jego widok. - Jednak zdążyłeś. Nawet nie wiesz, jak się z tego powodu cieszę.
- Przyszedłem, bo chcę ci powiedzieć coś bardzo ważnego.
- Tak?
- Chcę być z tobą.
- Słucham?
- Dobrze słyszałaś. Chcę być z tobą. Teraz, za miesiąc, dwa, rok, dziesięć lat. Nie chcę, aby jakiś inny mężczyzna miał cię przy swoim boku.
- Jesteś pewny tego co mówisz?
- Jeszcze nigdy w życiu nie byłem aż tak pewny - mówi podchodząc bliżej. - Proszę, bądź moja. Jeśli się zgodzisz ja będę twój. Na zawsze.
- A co z klasztorem?
- Nic więcej się nie liczy jeśli mogę mieć cię przy sobie.
- Tomás...
- Będę twoim krzykiem i ciszą. Będę twoim chłodem i ciepłem. Będę twoją ziemią i niebem, twoim
ptakiem w locie, twoimi ustami słodkimi jak miód. Będę twoją złotą bajką. Będę twoim królestwem i twoim królem. Będę twoim wyśnionym mężczyzną, którego pragnęłaś*. Obiecuję. Tylko powiedz mi, że tego chcesz - prosi dotykając mojego policzka.
- Chcę - odpowiadam, a wtedy nasze usta łączą się we wspólnym pocałunku.

- Kanapki i herbatę wzięłaś?
- Wzięłam.
- A różaniec?
- Też.
- A tę książkę, którą ci rano dałam?
- Mam - odpowiadam. - Dziewczyny, naprawdę nie musicie się aż tak o mnie martwić. Jestem już dużą dziewczynką potrafię o siebie zadbać.
- Co nie znaczy, że nasza pomoc ci się nie przyda - wtrąca Nieves. - Oj, wybacz. Nie chcemy być natrętne. Po prostu chcemy ci pomóc.
- Rozumiem to i doceniam. Naprawdę - uśmiecham się. - Pamiętajcie przypominać matce przełożonej o lekarstwach wieczorem, bo lubi o nich zapominać.
- Jasne.
Odpowiedź nowicjuszek jest częściowo zagłuszona przez pociąg, który właśnie wjeżdża na peron. Zerkam na niego, aby upewnić się, że to ten, którym będę jechać.
- Naprawdę musisz jechać? - pyta się Diana.
- Naprawdę. Ale obiecuję, że będę was odwiedzać - unoszę kąciki ust. - Nie wiecie czy ojciec Tomás się pojawi? Za trzy minuty odjeżdża mi pociąg.
- Nie wiemy. Pytałyśmy się go rano, czy się będzie, ale odpowiedział, że może.
- W takim razie chyba nie ma sensu, żebym dłużej na niego czekała, bo jeszcze nie zdążę. Dziękuję, że byłyście ze mną przez cały czas. Bardzo was pokochałam przez te kilka miesięcy, wiecie? - mam łzy w oczach. - Będę tęsknić.
- My również - przytulamy się do siebie. - Miłej podróży. Zadzwoń jak dojedziesz.
- Oczywiście. Do zobaczenia.
Odwracam się, poprawiam plecak i idę przed siebie prosto do pociągu. No tak, nie zdążył... Czyli jednak mój sen nie był proroczy... A szkoda, bo serio mi się podobał i nie miałabym nic przeciwko temu, żeby znalazł swoje odwzorowanie w rzeczywistości. Ciekawe tylko, czy naprawdę nie zdążył, czy po prostu nie chciał zdążyć? Bo przecież oby dwie opcje są prawdopodobne... Niestety, chyba się już tego nie dowiem. Trudno. Najwyższy czas zacząć żyć życiem, jakim miałam żyć. Sprawa mamy została wyjaśniona. Mogę na spokojnie zająć się swoimi sprawami i odnaleźć się w nowej rzeczywistości z daleka od klasztoru. I od niego. Tak, w szczególności od niego...

* - refren "Seré" Luciano Pereyry.

Uhuhuhuhu, ile tu się dzisiaj wydarzyło. Esperanza wraca do La Merced zostawiając habit i Tomasa w klasztorze w Buenos Aires. Jednak, jak myślicie? Czy to wszystko naprawdę się już zakończy? Czy Tomi jeszcze kiedykolwiek odezwie się do byłej nowicjuszki? Tego dowiecie się w najbliższej przyszłości ;).

Do piątku ♥